ENG Version: 105 Degrees F in the Shade.


France, Summer 2026.


For a week now, it has been forty degrees outside. At night, the temperature drops to thirty-five, and the night brings no relief. Night is just a darker version of the day.


When you open the window, no air comes in. The temperature comes in.


Stepping outside, you feel as though you are walking into an open, preheated oven. The air doesn't touch your skin—it clings to it. People move slower. Conversations are cut to a minimum. Everyone looks as if they are saving not time, but breath.


The apartment is closed up.


The blinds have been down since morning. Twilight all day long. You can no longer tell if it is noon or six in the evening. The light squeezes through in thin lines across the wall, moving so slowly that you could believe time itself has slowed down a bit.


My husband and I are sitting naked on the edge of the bathtub.


Our legs are submerged in cold water. We are staring straight ahead. Into the mirror. We aren't talking.


Not because we have nothing to say.


There is just no need.


We look at each other as if, for the first time in a long while, we don't have to perform anything. No clothes, no outings, no deadlines, no plans—without all that human gear you usually wear like armor.


If someone had told me a year ago that I would be spending my vacation in a dark apartment, walking naked from room to room, eating nothing but ice cream and drinking lemon water—I would have considered it a failure.


After all, a vacation is supposed to be somewhere else.


There should be photos. Restaurants. The sea. Sightseeing. New dresses. Trains. Sun on the skin.


And yet, here I am sitting, with the feeling that something new has just begun.


We hardly go out at all.


In the evening, I sit down to write.


And finally, I can write.


Not surreptitiously between one chore and another. Not with guilt. Not to get something finished.


I write because the day demands nothing of me.


I no longer know if today is Monday or Sunday. I don't know if a week has passed or a month. Time has stopped dividing itself into pieces.


People send messages: that it's unbearable, that it's a disaster, that everything is drying up, that this is unnatural.


But I sit in the twilight and feel gratitude.


Not for the heat.


For the standstill.


For the fact that suddenly, it turned out how many things I didn't need.


For being able to just be myself, without the redundant things.


Without clothes that scratch.


Without clothes that pinch.


Without clothes that don't fit....


And sometimes I think that maybe a person spends their whole life trying to warm themselves from the inside—with work, travel, shopping, the admiration of others, plans, love.


And then comes a summer that nobody wanted.


It takes everything away.


And leaves you sitting on the edge of the bathtub...

Quiet.


Naked.


Calm.


And for the first time in a very long time, I am no longer cold.


Francja, lato 2026.

Od tygodnia na zewnątrz utrzymuje się czterdzieści stopni. W nocy temperatura spada do trzydziestu pięciu  i noc nie przynosi ulgi. Noc jest tylko ciemniejszą wersją dnia.

Kiedy otwierasz okno, nie wpada powietrze. Wpada temperatura.

Wychodząc na zewnątrz masz wrażenie, jakbyś wchodził do otwartego, rozgrzanego piekarnika. Powietrze nie dotyka skóry — ono ją oblepia. Ludzie poruszają się wolniej. Rozmowy skracają się do minimum. Każdy wygląda, jakby oszczędzał nie czas, tylko oddech.

Mieszkanie jest zamknięte.

Rolety opuszczone od rana. Półmrok przez cały dzień. Nie wiadomo już, czy jest południe, czy osiemnasta. Światło przeciska się cienkimi liniami po ścianie i przesuwa tak wolno, że można uwierzyć, że czas też trochę zwolnił.

Siedzimy z mężem nadzy na brzegu wanny.

Nogi zanurzone w zimnej wodzie. Patrzymy przed siebie. W lustro. Nie rozmawiamy.

Nie dlatego, że nie mamy o czym.

Po prostu nie ma potrzeby.

Patrzymy na siebie tak, jakbyśmy pierwszy raz od dawna nie musieli niczego przedstawiać. Bez ubrań, bez wyjść, bez terminów, bez planów, bez całego tego wyposażenia człowieka, które zwykle nosi się jak pancerz.

Jakby ktoś rok temu powiedział mi, że będę spędzać wakacje w ciemnym mieszkaniu, chodząc nago od pokoju do pokoju, jedząc tylko lody i pijąc wodę z cytryną — uznałabym to za jakąś porażkę.

Przecież wakacje powinny być gdzie indziej.

Powinny być zdjęcia. Restauracje. Morze. Zwiedzanie. Nowe sukienki. Pociągi. Słońce na skórze.

A tymczasem siedzę tutaj i mam wrażenie, że właśnie zaczęło się coś nowego.

Nie wychodzimy prawie wcale.

Wieczorem siadam pisać.

I w końcu mogę pisać.

Nie ukradkiem między jednym obowiązkiem a drugim. Nie z poczuciem winy. Nie po to, żeby coś skończyć.

Piszę, bo dzień niczego ode mnie nie chce.

Nie wiem już, czy dziś jest poniedziałek, czy niedziela. Nie wiem, czy minął tydzień, czy miesiąc. Czas przestał się dzielić na części.

Ludzie piszą wiadomości: że nie da się wytrzymać, że katastrofa, że wszystko wysycha, że to nienormalne.

A ja siedzę w półmroku i czuję wdzięczność.

Nie za upał.

Za zatrzymanie.

Za to, że nagle okazało się, ile rzeczy nie było mi potrzebnych.

Za to, że mogę być tylko sobą, bez rzeczy zbędnych.

Bez ubrania, które gryzie.

Bez ubrania, które uwiera.

Bez ubrania, które nie pasuje....

I myślę czasem, że może człowiek całe życie próbuje ogrzać się od środka — pracą, podróżami, zakupami, cudzym zachwytem, planami, miłością.

A potem przychodzi lato, którego nikt nie chciał.

Zabiera wszystko.

I zostawia cię siedzącą na brzegu wanny...

Cichą.

Nagą.

Spokojną.

I po raz pierwszy od bardzo dawna nie jest mi już zimno.

Jeśli ten tekst był dla Ciebie ważny, możesz wesprzeć moją dalszą twórczość, stawiając mi wirtualną kawę na Ko-fi. Dziękuję. ☕

Subscribe for FREE to our Audience

Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.

Member discussion