Pani Stazia — sprzątaczka, która uważa, że kurz osiada przede wszystkim na tajemnicach
Imię: Stazia (zawsze poprawia: „Nie Stasia. Stazia. Przez zet. Bo ze Stasią to mnie mylą z kimś prostym.”)
Wiek: trudny do ustalenia. Wygląda na wiek „od zawsze pracowała”. Stanowisko: oficjalnie — sprzątaczka. Nieoficjalnie — archiwistka szeptów, konserwatorka plotki, operator nasłuchu poziomów -3 do +2.
Pani Stazia pojawiła się w teatrze tak dawno, że nikt nie pamięta momentu zatrudnienia. Nie ma jej na starych zdjęciach — ale wszyscy przysięgają, że była obecna podczas ich robienia.
Sprząta w sposób osobliwy.
Nie zaczyna od podłogi.
Najpierw otwiera drzwi, staje nieruchomo i mówi:
— No dobrze. Co tu się wydarzyło?
Dopiero potem bierze wiadro.
Twierdzi, że po kurzu poznaje wszystko:
- gruby kurz — kłamstwo,
- drobny pył — zazdrość,
- włosy na podłodze — kłótnia,
- przesunięte krzesło — romans,
- otwarte okno — ktoś coś chciał wynieść albo odwrotnie.
Wielkie Dzieło Stazi: System Nasłuchu Teatralnego
Pewnego dnia doszła do wniosku, że plotka jest za wolna.
Ludzie kłamią. Pamięć zawodzi. Ale przewód… przewód pamięta.
I bez pytania kogokolwiek zaczęła budowę.
Nie wiadomo skąd zdobywała sprzęt.
Pod futrynami. W starych głośnikach. W atrapach świec. W budce suflera. Pod stołem reżysera. W garderobach. W magazynie kostiumów. W kandelabrach. W ścianie poziomu -3.
Mikrofony były tak dobrze ukryte, że nawet ona sama nie zawsze pamiętała gdzie.
Całość nazwała:
„SYSTEM PORZĄDKOWANIA INFORMACJI”
Nigdy nie używa słowa „podsłuch”.
Mówi:
— Ja nie podsłuchuję. Ja monitoruję zabrudzenia komunikacyjne.
Centrum dowodzenia
Wbrew oczekiwaniom nie ma wielkiego monitora.
Ma malutki telefonik.
Stary. Porysowany. Z pękniętym rogiem. Ekran wielkości znaczka pocztowego.
Na nim codziennie siedzi w schowku gospodarczym.
Słuchawka w jednym uchu.
Notatnik.
Herbata.
I przewija nagrania.
Nigdy nie słucha wszystkiego od początku.
Przewija po oddechach.
— Tu nic… tu nic… oho… tu ktoś westchnął nie po służbowemu.
Charakter
Nie jest zła.
To ważne.
Stazia jest przekonana, że wszystko robi dla dobra teatru.
Uważa, że tajemnica to pierwszy objaw bałaganu.
Nie donosi.
Ona „porządkuje informacje”.
Nigdy nie mówi: — „Wiem.”
Mówi: — Doszły mnie pewne odgłosy.
Relacja z innymi
Wszyscy są przekonani, że Stazia wie za dużo.
I mają rację.
Najbardziej boją się chwili, kiedy podczas mycia podłogi mówi:
— A tak między nami…
Bo wtedy wiadomo, że już za późno....
Tego dnia Stazia skończyła wcześniej pracę.
Zamknęła się w swoim magazynku między starymi reflektorami, uszkodzonymi manekinami i kartonami opisanymi „AKT II – NIE WYRZUCAĆ”. Zapaliła małą lampkę, taką bardziej do przesłuchań niż do czytania. Otworzyła paczkę od rodziny. Swojska kiełbasa, chleb, dwa ogórki i liścik: „Żebyś tam nie jadła samych francuskich wynalazków”.
Stazia odcięła plaster, usiadła i zaczęła przeglądać nagrania.
Miała ich setki.
Korytarze.
Próby.
Kaszel garderobianej.
Monologi wypowiadane do lustra.
Szepty.
Cisze.
Najbardziej jednak zaciekawiło ją krótkie nagranie rozmowy.
Ktos dzwonił do dyrektora już chyba setny raz.
W końcu połączenie zostało odebrane.
I dyrektor powiedział tylko:
— Zamoczcie go w wodzie przed występem.
Klik.
Koniec.
Ale nie dla Stazi.
Bo Stazia nigdy nie słuchała ludzi.
Słuchała tła.
Wrzuciła nagranie do swojego programu weryfikacyjnego. Program był stary, nikt nie wiedział, skąd go miała. Mówiła, że odziedziczyła go po kuzynie od telewizorów i jednej ciotce od duchów.
Na ekranie pojawiły się warstwy.
Szum.
Rozmowy.
Szkło.
Śmiech.
Bas.
Muzyka.
Stazia zamarła.
Nie dlatego, że rozpoznała miejsce.
Tylko dlatego, że rozpoznała atmosferę.
To nie był gabinet.
To nie były kulisy.
To nie był teatr.
To było miejsce, gdzie ludzie przychodzą przestać być sobą.
W tle słychać było śmiechy, trzepot materiałów, szelest tkanin, delikatne brzęczenie czegoś błyszczącego.
I wtedy usłyszała coś jeszcze.
Krótki dźwięk.
Jakby ktoś poprawiał rękaw.
Jakby cekiny ocierały się o mikrofon.
Jakby kostium poruszył się pierwszy, a człowiek dopiero za nim.
Stazia odłożyła kiełbasę.
Spojrzała w ciemność magazynku.
I powiedziała bardzo cicho:
— Aha…
Potem jeszcze ciszej:
— Czyli nasz dyrektor też nie jest dyrektorem przez cały czas.
Nie było w tym oburzenia.
Raczej ulga.
Bo w Teatrze Sobowtóra obowiązywało jedno niepisane prawo:
Każdy ma drugą rolę.
Jedni tylko lepiej ją ukrywają.
Stazia długo siedziała.
Potem wzięła swój mały telefon z funkcją megafonu.
Przycisnęła guzik.
Nie puściła nagrania.
Puściła tylko te zdania.
Jej własnym głosem.
Po całym teatrze rozniosło się:
— Uwaga. Ogłoszenie techniczne. Informujemy, że od dziś oficjalnie potwierdzono istnienie sobowtóra dyrektora. Prosimy nie przeszkadzać obu wersjom podczas pracy.
I tyle.
Nie padło ani jedno nazwisko.
Ale od tego dnia wszyscy zaczęli patrzeć na siebie trochę podejrzliwie.
A dyrektor?
Następnego dnia przyszedł do pracy idealnie ubrany.
Tylko że kiedy przechodził obok reflektora, przez ułamek sekundy coś błysnęło.
Jakby pojedynczy cekin.
I nikt już nie miał pewności, czy naprawdę to zobaczył.
Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.
Member discussion