10. The Son of John Doe
PL: 10. Syn pana „N.N.” (Johna Doe)
Około jesieni 1992 roku zewnętrzna architektura mojego życia wydawała się stabilizować. Wyprowadziłem się spod podmiejskiego nadzoru Montezuma Drive i dzieliłem mieszkanie z J., zanurzając się w drapieżnej, progresywnej kontrkulturze Bay Area. Jednak pod tą wibrującą, nasłonecznioną powierzchnią mojego amerykańskiego sukcesu, moje wnętrze pozostawało gęstym, nieodkrytym schronem bojowym. Dla otaczającego świata byłem wzorowym okazem spełnionego, lądowego ssaka, dumnym studentem uniwersytetu pędzącym po dyplom, który krzyczał: Gratulacje!. Lecz wewnątrz „kapsuły” mojego letargu język, do którego mówienia byłem zmuszony, wydawał się sterylną klatką. Wszedłem w stan nasycenia semantycznego. Moja ówczesna terapeutka oferowała mi pocieszającą, mechaniczną metaforę, twierdząc, że muszę po prostu „upuścić trochę pary”, jakby moja psyche posiadała przewidywalną, skromną złożoność czajnika do herbaty.
Ale nie byłem czajnikiem. Byłem podmiotem radykalnie rozszczepionym, uwięzionym na językowej ziemi niczyjej, zmuszonym każdego dnia wybierać między wiernością a przejrzystością – między byciem dumnie wiernym mojemu polskiemu pochodzeniu z jednej strony, a zachowaniem pragmatycznego sensu dla Amerykanów z drugiej.
W tamte popołudnia wczesnych lat dziewięćdziesiątych przez moje linie obrony regularnie przebijało się ciche spustoszenie. W południe ogarniał mnie zwykły, codzienny smutek – cichy, zmarnowany żal, przypominający nudne niedzielne popołudnie w kraju, który nie znał mojego imienia. Do ósmej wieczorem ten smutek warzył się w gwałtowną, lokalną wściekłość. Napędzany somatycznym gniewem, wmaszerowywałem do kuchni lub wychodziłem na taras, krzycząc na poziomy kalifornijski horyzont za to, że pozostaje tak uparcie, pięknie niezmienny. Nie tak, kurwa, planowałem swoje życie! – krzyczałem w porywy pacyficznego wiatru. Nie takich krajobrazów się spodziewałem. Koło północy wściekłość się wyczerpywała, a do moich drzwi cicho pukała katatonia. Wpuszczałem ją jak starą znajomą i siadaliśmy razem w ciemności, paląc cztery, może pięć papierosów jeden po drugim, patrząc, jak dni mijają w gęstej, szarej chmurze nikotyny, która sprawiała, że cały świat cuchnął moją izolacją.
Prawda była taka, że udawałem wszystko na swój temat z powodów czysto pragmatycznych. Gorączkowo próbowałem przetłumaczyć swoją egzystencję na ekwiwalent, który Amerykanie mogliby rozpoznać, czytając Umberto Eco w rozpaczliwej próbie zrozumienia, dlaczego to tłumaczenie przypomina powolną śmierć. Eco wiedział, że ekwiwalencja znaczeniowa to naiwna iluzja – że father nie jest synonimem słowa tato, a père nigdy nie zreplikuje w pełni padre.
Ponieważ tam w Polsce, o czym nie wiedziałem, mój tato przestał być symbolem wszechpotężnego prawa; został sprowadzony do gnijącego ciała. Imię-Ojca załamało się w samotnym zawale serca... Uciekł przed moją szansą na wypowiedź... pozostawiając mnie twarzą w twarz ze światem, w którym Wielki Inny był radykalnie zablokowany, oferując jedynie mizdrzącą się odpowiedź na moje ciche nadzieje.
Imię-Ojca załamało się w samotnym zawale serca na środku miejskiej ulicy, w środku nocy, w środku mojego życia. Skurwiel. Martwy ojciec. Umarł jako absolutny nikt, anonimowe zwłoki z tekturową zawieszką z napisem „N.N.” (John Doe) przywiązaną do na wpół rozłożonego wielkiego palca u nogi w zamrażającej polskiej kostnicy, ponieważ nie wziął ze sobą portfela. Ostateczną ironią było to, że mój ojciec miał swój najbardziej idealny układ, gdy był uwięziony w tej drewnianej trumnie; to było jedyne okienko czasowe, w którym potrafiłem zmusić się do kochania go całkowicie bezwarunkowo, tuż przed tym, jak zmiażdżył mnie żal, że nigdy nie powiedziałem mu, jak potwornie nienawidziłem jego flaków. Uciekł przed moją szansą na wypowiedź. Zabrał do grobu dokładnie te słowa, na których ściganiu spędzę kolejne trzydzieści lat – pozostawiając mnie naprzeciw świata, który jedynie się mizdrzył, oferując pustą odpowiedź na moje ciche nadzieje.
A przerażającą karą za jego dług było to, że kiedy patrzyłem w lustro mojego amerykańskiego sanktuarium, widziałem jego twarz. Pod moją skórą pełzało dość jego materiału genetycznego, by dawni sąsiedzi w Jeleniej Górze żegnali się z przerażenia, gdy ich mijałem, jakby wpatrywali się w wskrzeszonego ducha. Wpatrywałem się w jego wysokie czoło i jego zimne oczy patrzące na mnie z powrotem w szkle o trzeciej nad ranem, pytając lustro: Kto właściwie umarł na tym polskim chodniku? On czy ja? Na pewno nie umarła wściekłość, którą mi przekazał. Nie byłem wdzięczny. Wciąż byłem całkowicie pełen nienawiści.
Lata później, siedząc w bibliotece publicznej w środowe popołudnie, moje dłonie natknęły się na książkę Krystiana Lupy. Tekst pachniał dokładnie tak, jak mój dawny świat, a ja przyłapałem się na totalnym zagubieniu pod ciężarem własnej nieobecności. Czytając jego słowa, zostałem wciągnięty wstecz, do Teatru Norwida, oglądając, jak wpycha niemą Mammalię w te rozdzierające psychiczne rejony podczas Pragmatystów. Pamiętałem, jak rzucała ramionami, wyginała tułów, krzycząc swoimi mięśniami w niemym wrzasku, który błagał o śmierć, która jakoś nie nadchodziła. Zdałem sobie wtedy sprawę, że spędziłem swoje amerykańskie życie, wykonując dokładnie ten sam taniec. Uwięziony między minioną przeszłością a niezrealizowaną przyszłością, stałem się obcy dla własnej intymności, rzucając kończynami w niemy krzyk, podczas gdy muzyka odtwarzała się w nieskończonej pętli. Zupełnie jak w Pożegnaniu jesieni Witkacego, każdego poranka twierdziłem, że: „Od jutra, od dziś, tu, zaraz, zacznę nowe życie”. Ale życie jest tylko jedno. Jutro nigdy nie nadchodzi.
Pamięć nieustannie rozkłada się w głowie, a podmiot po prostu wciąż powtarza stary taniec od samego początku.
By the autumn of 1992, the external architecture of my life appeared to have stabilized. I had moved out of the suburban surveillance of Montezuma Drive and shared an apartment with J., immersing myself in the fierce, progressive counterculture of the Bay Area. Yet, beneath the vibrant, sun-drenched surface of my American success, my interiority remained a dense, unmapped war room. To the world around me, I was an exemplary specimen of an accomplished, land-dwelling mammal, a proud university student sprinting toward a certificate that screamed Congratulations! But inside “the pod” of my suspended animation, the language I was forced to speak felt like a sterile cage. I had entered a state of semantic satiation. My therapist at the time offered the comforting, mechanical metaphor that I simply needed to "blow off some steam," as if my psyche possessed the predictable, humble complexity of a tea kettle.
But I was not a tea kettle. I was a subject radically split, trapped in a linguistic no-man's-land, forced to choose every single day between fidelity and transparency—between being fiercely truthful to my Polish origin on one hand, and making pragmatic sense to the Americans on the other.
In those early nineties’ afternoons, a quiet devastation would routinely break through my defenses. At noon, I would be overtaken by a simple, everyday sorrow—a silent, wasted sorrow like a boring Sunday afternoon in a country that did not know my name. By eight o’clock in the evening, that sorrow would curdle into a violent, localized rage. Driven by a somatic anger, I would march into the kitchen or step out onto the terrace, screaming at the horizontal California horizon for remaining so stubbornly, beautifully unchanged. This is not how I fucking planned my life! - I would shout into the Pacific breeze. These are not the landscapes I expected. By midnight, the rage would exhaust itself, and catatonia would knock softly at my door. I would let her in like an old friend, and we would sit together in the dark, smoking four, maybe five cigarettes one after another, watching the days fly by in a thick, gray cloud of nicotine that made the entire world stink of my isolation.
The truth was that I was faking everything about myself for reasons entirely pragmatic. I was frantically trying to translate my existence into an equivalence that the Americans could recognize, reading Umberto Eco in a desperate bid to understand why the translation felt like a slow death. Eco knew that equivalence in meaning was a naive illusion—that father is not a synonym for tato, and père can never truly replicate padre. Because back in Poland, my tato, unbeknownst to me, had ceased to be a symbol of the almighty law; he had been reduced to rotten flesh. The Name-of-the-Father had collapsed into a lonely heart attack... He had escaped my chance to speak... leaving me to confront a world where the Big Other was radically barred, offering merely a simpering response to my quiet hopes.
The Name-of-the-Father had collapsed into a lonely heart attack in the middle of a municipal street, in the middle of the night, in the middle of my life. Fucker. Dead dad. He had died an absolute nobody, an anonymous corpse with a cardboard tag reading John Doe tied to his half-decomposed big toe in a freezing Polish morgue because he didn’t bring his wallet with him. The ultimate irony was that my father was his most ideal layout when he was trapped inside that wooden coffin; it was the only window of time I could bring myself to love him completely unconditionally, right before I was crushed by the sorrow of never having told him how much I actually hated his guts. He had escaped my chance to speak. He took to the grave the very words I would spend the next thirty years hunting for – leaving me to confront a world that merely simpered, offering a hollow response to my quiet hopes.
And the terrifying penalty of his debt was that when I looked into the mirror of my American sanctuary, I saw his face. There was enough of his genetic material crawling beneath my skin to make the old neighbors back in Jelenia Góra cross themselves in terror when I passed, as if staring at a resurrected ghost. I would stare at his bold forehead and his cold eyes staring back at me in the glass at three o'clock in the morning, asking the mirror: Who actually died on that Polish pavement? Him or me? It certainly wasn’t the rage he bestowed upon me that died. I was not grateful. I was still entirely full of hate.
Years later, sitting in a public library on a Wednesday afternoon, my hands would stumble upon a book by Krystian Lupa. The text smelled exactly like my old world, and I found myself utterly confused by the weight of my own absence. Reading his words, I was pulled backward into the Norwid Theater, watching him push the mute Mammalia into those excruciating psychic places during The Pragmatists. I remembered her throwing her arms, contorting her torso, shouting with her muscles in a mute scream that begged for a death that never quite arrived. I realized then that I had spent my American life performing the exact same dance. Trapped between a bygone past and an unrealized future, I had become a stranger to my own intimacy, throwing my limbs into a mute shout while the music replayed on a loop. As in Witkacy’s “Farwell to Autumn” (“Pożegnanie jesieni”), I had claimed every single morning that “starting tomorrow, today, and here, right now, I would start a new life („Od jutra, od dziś, tu, zaraz, zacznę nowe życie”).But there is only one life. Tomorrow never comes. The memory continues to decompose in the head, and the subject simply continues to repeat the old dance from the very beginning.
Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.
Member discussion