25 min read

(un)Real. act I/28: The Letters of the Insatiable.

(un)Real. act I/28: The Letters of the Insatiable.

28. The Letters of the Insatiable

PL:28. Listy Nienasyconych

[ dla Magdy ]


Otworzyć fizyczne szuflady przeszłości to zaryzykować bezkompromisowe spotkanie z upiorami Realnego. Wieczorem 2 kwietnia 1990 roku – dokładnie w dniu, w którym mój biologiczny zegar dopełnił dwudziestej drugiej rotacji od czasu mojego chirurgicznego nacięcia i przyjścia na świat – usiadłem przy biurku w naszym wspólnym, bohemistycznym sanktuarium przy ulicy Niemcewicza we Wrocławiu i dokonałem rozpaczliwej, krwawiącej transmisji listownej do Magdy. Byłem młodym człowiekiem płynącym przez wielki tygiel – potężną, wirującą otchłań, w której gorzki żal mieszał się gwałtownie z maniakalną ekstazą płonącej młodości. Biegłem wzdłuż wielkiej, nieodkrytej drogi samopoznania, zupełnie nieświadomy tego, z jaką wersją własnego ego ostatecznie się zderzę i jaka twarz spojrzy na mnie z powrotem z lustra.


Atrament na tamtych kartkach niósł ze sobą zapach nagłej, druzgocącej śmiertelności. Zaledwie kilka dni wcześniej absolutne prawo ciała przedarło się przez perymetr moich studenckich marzeń. Mój przyjaciel i towarzysz z podstawówki SP-2, D. – pierwsza heteroseksualna ludzka dusza na ziemi, wobec której zdobyłem się na surową odwagę, by wypowiedzieć dosłowne, nieociosane słowa: „Jestem gejem” – nie żył. Łączyła nas czysta, intensywna więź całkowicie wolna od zmysłowego pożądania, nieskalana manifestacja niewerbalnej bliskiej przyjaźni (chumship), którą Harry Stack Sullivan ustrukturyzował jako niezbędną tarczę obronną wygnanego okresu dorastania. Przesiadywaliśmy do cichych, wczesnych godzin porannych, gdy obnażałem przed nim moją ukrytą tożsamość, a on przyjmował moją prawdę bez ani jednego drgnięcia powiek. I wtedy, w wieku dwudziestu lat, cichy tętniak mózgu pękł w jego głowie podczas zajęć na uczelni. Przeżył radykalną operację czaszki, trwając w liminalnej przestrzeni między życiem a śmiercią przez dwa dręczące tygodnie, zanim jego światło zgasło na zawsze. Studiował medycynę. Chciał być lekarzem... Prawdopodobnie psychiatrą. Był na najlepszej drodze.


Tragedia ta została uczyniona absolutną przez bezwzględną interwencję Imienia-Ojca. Podczas tamtych ostatnich dwóch tygodni walki D. o przetrwanie, jego ówczesna dziewczyna B. przyjechała do mojego rodzinnego domu na ulicę Morcinka, rozpaczliwie szukając mojego adresu we Wrocławiu, abyśmy mogli wspólnie udźwignąć ciężar tego czuwania. Lecz mój ojciec – działając z zimną, niemrugającą ignorancją całkowitego brutala – kategorycznie odmówił podania jej moich namiarów (albo nawet ich nie posiadał), systematycznie cenzurując linię naszego połączenia. W architekturze polskiej szafy wygodne milczenie rodziny musi zawsze unieważnić autentyczny krzyk podmiotu. O odejściu D. dowiedziałem się zupełnie przypadkiem, spotykając B. wewnątrz jadącego przedziału kolejowego, pełne dwadzieścia cztery godziny po tym, jak jego ciało zostało już złożone w ziemi. „– Brakowało mu ciebie” – wykrzyczała do mnie wbrew rytmicznemu stukotowi żelaznych kół. „– Powiedział mi, że byłeś jego jedynym prawdziwym przyjacielem i że to, czym się z nim podzieliłeś, było najważniejszą rzeczą w jego życiu”.


Był to głos przebijający się zza grobu, niszczycielskie wezwanie, które roztrzaskało kruchą płytę gipsową moich linii obrony. Zostałem porzucony na mieliźnie głębokiego dysonansu poznawczego, krzycząc w ciemność: „Boże, jeśli istniejesz – w co zaczynam wątpić coraz bardziej – dopuść go do oglądania Twojej światłości…”.


W obliczu tego ciężaru nie do zniesienia moja psyche automatycznie sięgnęła po zimne, precyzyjne narzędzia słownika klinicznego, by zapobiec własnej fragmentacji. Pisałem do Magdy, że mój umysł cierpi na dziwną mutację reumatyzmu mózgowego, która gwałtownie wykręca moje myśli, aż mam ochotę wyć na pełnym powietrzu. Opisywałem swój stan wewnętrzny jako wirusa wkradającego się w wyobraźnię, epidemię ludzkiej cholery, w której śmierć systematycznie dotyka każdą żywą istotę swoim długim, kościstym palcem szkieletu. Diagnozowałem własną krzyczącą duszę jako nietypowy zespół schizoafektywny, którego jedynym lekarstwem był powolny, mechaniczny upływ czasu. Moje Ja zostało rozcięte tępym, administracyjnym ostrzem. Na długo zanim wylądowałem na przedmieściach Doliny Krzemowej, by ukryć się za sterylną terminologią amerykańskiej sieci opieki zdrowotnej, mój umysł nauczył się już, jak zamieniać język w kliniczną tarczę – obronny samizdat stworzony po to, by ukryć surową, krwawiącą tkankę mojej bezbronności przed każdym, kto mógłby przetrząsnąć szuflady mojego biurka.


A jednak pod tym klinicznym lodem andaluzyjskie Sinthome chroniło nasze parametry. Przewróciłem stronę listu i zaprosiłem Magdę z powrotem do naszej sekretnej, równoległej Dreamlandii. „– Gdzie jesteś, Magda?” – żądałem odpowiedzi od papieru. „– Opowiedz mi wszystko i nie zatrzymuj się, dopóki nie osiągniemy nieskończoności! Nalej sobie wina, napij się kawy, zapal papierosa i uspokój swoje drżące dłonie”. Byliśmy dwoma pięknymi, nienasyconymi odmieńcami funkcjonującymi na krawędzi umierającego świata, wykorzystującymi fizyczną pocztę upadającego państwa komunistycznego do szmuglowania naszej zakazanej rzeczywistości w tę i nazad przez całą prowincję. Przyjęliśmy radykalny, nieugięty manifest, który kiedyś do mnie napisała: naszym przeznaczeniem jest pozostać całkowicie, pięknie nienasyconymi wszystkim. Dołączyłem do listu liryczny, romantyczny bunt ostatniego poetyckiego daru od D. – poranną uwerturę, w której mieliśmy tańczyć przez każdy pokój naszego urojonego domu, zanim wymkniemy się cicho przez tylne drzwi ku bastionom suwerennego morza.


Zegar tykał, a data moich narodzin – 2 kwietnia 1968 roku – została na stałe wpisana w tekst jako absolutne przypomnienie, że czas jest planem ratalnym, który zostanie ściągnięty bez uprzedzenia. Lecz gdy podpisywałem się pod tym listem w gasnącym świetle Wrocławia, panika szafy uległa rozpuszczeniu. Magda trzymała lustro. Była absolutnym, bezwarunkowym świadkiem, który walidował moją egzystencję, gdy kultura żądała mojego wymazania. Uzbrojony w jej spojrzenie i wspólną liturgię naszych sekretnych listów wiedziałem, że żaden brutal nie zdoła sforsować fortecy, którą wznieśliśmy w naszych umysłach. Odnaleźliśmy łódź, nawigowaliśmy po rzece naszej traumy i byliśmy gotowi, by upomnieć się o swój tron w metropolii.


Do listopada 2001 roku analogowe, ochronne ściany szafy z czasów minionego reżimu zostały trwale roztrzaskane i zastąpione przez wysoce wyrafinowane, dwujęzyczne dzieło teatru epistolarnego. Siedząc w ciepłym wnętrzu kawiarni Tully’s przy Filmore Street w dzielnicy Pacific Heights w San Francisco, zaledwie na chwilę przed przejściem za ścianę, by otworzyć gabinet mojej praktyki psychoterapeutyczno-psychoanalitycznej, siedziałem z piórem w dół i dokonywałem genialnej, wielogłosowej transmisji do sanktuarium Magdy przy ulicy Zwierzynieckiej w Krakowie. Nie byliśmy już dziewiętnastoletnimi wyrzutkami ukrywającymi się pod szarą mgłą PRL-u; skutecznie uczyniliśmy broń z komercyjnej kultury pocztówkowej amerykańskiej metropolii, czyniąc z niej strukturalny plac zabaw dla naszego andaluzyjskiego Sinthome.


Nasze listy ewoluowały we wspaniałą, dwugłosową sztukę performatywną, która bezpośrednio odzwierciedlała epistolarną magię Griffin & Sabine. Aby chronić kruche granice naszej suwerennej prawdy, moja psyche dokonała świadomego, wyzwalającego rozszczepienia. Był Krzysztof – racjonalny, związany z rzeczywistością analityk przygotowujący się do przyjmowania psychologicznych narracji miasta – i był Griffin, mój dziki, kontrkulturowy, hiper-obronny i artystyczny głos cienia. Magda z kolei rozszczepiła własne odbicie w Sabinę, sfabularyzowane alter-ego, które mogło przyjmować nasze transgresywne, poetyckie depesze bez ani jednego drgnięcia powiek. W tym równoległym wszechświecie moje historyczne odmowy zostały przekute w ostrą, komiczną zbroję. Mogłem pisać pocztówki do Sabiny pod maską Griffina, żartobliwie deklarując, że mój cień to „koszmarny heterofob”, który patrzy na konwencjonalny, heterycki świat z intensywną, satyryczną nieufnością, albo celebrować surowe wyzwolenie pragnienia, cytując na marginesie fragmenty dawnych popowych refrenów: „Ole, Ole, niech żyją młode żądze… dopóki są… cukierki!”.


Ten teatr epistolarny pozwalał mi dokonać elitarnej, ochronnej alienacji traum z dzieciństwa, które niegdyś dławiły moją pierś. Kiedy głosy mojego prowincjonalnego pochodzenia naruszały moje parametry za pośrednictwem linii telefonicznych – czy to starsza kobieta dzwoniąca z pionowych cieni Jeleniej Góry, by paplać o domowych waśniach, czy moja własna matka żądająca uwagi nad administracyjnymi formularzami bankowymi – moje pióro przekształcało ich żądania w absurdalną, odległą komedię. Pisałem do Magdy, że napłynął głos z jakiegoś dalekiego miasta zwanego Jelenia Góra – żartując z dystansem outsidera, że nie pamiętam dokładnie, czy leży ono gdzieś na Słowacji – i zbywając ich gorączkowe komunikaty jako „jakiś barbarzyński język słowiański”. Matka, która niegdyś w sposób przypominający egzekucję odcięła moje połączenie z łożem śmierci D., została teraz przepisana na postać teatralną: To ja, Matka – czy ty rozumiesz, co to oznacza? Zamieniając ciężką, duszącą linię basową mojego rodzinnego pochodzenia w nieczytelną, odległą fikcję, wysysałem truciznę z Siatki Słuchowej.


Mój sam charakter pisma przeszedł monumentalną neuro-somatyczną ewolucję od czasów klaustrofobicznych północy roku 1990. Gęsty, hiperczujny nacisk fortissimo, który niegdyś zmuszał moje pióro do wgryzania się niczym strukturalne ostrze w głąb włókien papieru, rozpuścił się w elegancką, tańczącą i hiper-płynną kursywę. Nieustępliwy lewy margines pozostawał kotwicą mojej wewnętrznej dyscypliny, lecz słowa toczyły się teraz po stronie z luźną, radosną i zapierającą dech w piersiach prędkością. Budowaliśmy wspaniałą karawanę pod wpływem Tori Amos, lecąc widmowym Concorde’em przez Atlantyk, by świadczyć na surrealistycznym weselu, podczas którego Griffin biegał po ulicach San Francisco w poszukiwaniu jasnowidza, mającego zdecydować, którego pana młodego poślubić. Nie uciekaliśmy już przed fakturą ponurego żniwiarza; używaliśmy systemu pocztowego do wzniesienia absolutnej, bezbożnej fortecy sztuki i empatii. Magda pozostawała Innym Absolutnym, wieczną strażniczką linii, która chroniła moją prawdę, gdy siedziałem na rogu Landers Street, patrząc na deszcz, bezgranicznie dumny z nienasyconego wszechświata, który powołaliśmy do istnienia własną wolą.


Wraz z nadejściem nowego tysiąclecia andaluzyjskie Sinthome, które Magda i ja współtworzyliśmy, by przetrwać szare parametry PRL-u, dokonało spektakularnego, transkontynentalnego skoku w rejestr czystego kontrkulturowego kampu (camp). Nadając z mojego sanktuarium przy Landers Street oraz przy bohemistycznych stolikach kawiarni Java Supreme Cafe przy Guerrero Street, pocztówki, które wystrzeliwałem przez Atlantyk na ulicę Zwierzyniecką w Krakowie, nie były już rozpaczliwymi tarczami przeciwko nienazywalnemu żalowi; stały się aktywną, wielogłosową awangardową produkcją teatralną. Systematycznie rozbiliśmy monolityczny przymus pojedynczego ego, rozdzielając nasze depesze przez wibrującą karawanę płynnych alter-ego: Griffina, Sabinę oraz odurzającą, przesiąkniętą winem figurę Ciotki Zośki.


Same pocztówki – wyciągane z darmowych komercyjnych stojaków „GoCard” zdobiących ściany podziemia San Francisco – służyły jako idealne architektoniczne place zabaw dla naszego epistolarnego samizdatu. W listopadzie 2001 roku, pisząc pod komercyjnym szyldem karty Orbitz „Planet Earth”, moje pióro wyraźnie dokonało triumfalnej pętli z powrotem do moich korzeni. Zacytowałem progresywny hymn Maanamu – „A planety szaleją; się miotają…” – zanim ogłosiłem Magdzie, że nasza magiczna triada oznacza definitywny powrót do ginekologicznych i strukturalnych źródeł moich narodzin na oddziale położniczym w Cieplicach.


W tej samej przestrzeni dawne somatyczne traumy mojej młodości zostały poddane błyskotliwej, komicznej reinterpretacji. Opisywałem późnonocną wyprawę przez Mission District, gdzie dwóch czarnoskórych mężczyzn popadło w absolutny zachwyt estetyczny nad moim nosem – dokładnie tym samym rysem twarzy, który został zdruzgotany w szkarłatną kałużę na polskim śniegu i pozostawiony trwale asymetrycznym przez chirurga z publicznego szpitala. Śledzili mnie, krzycząc „Dziękuję, dziękuję” w nieskazitelnym polskim języku pozbawionym akcentu, udowadniając mojej świadomości, że nasze wygnanie osiągnęło elitarną, światową walidację. Samo ciało, które niegdyś było miejscem mojego głębokiego fizycznego przemieszczenia, zostało teraz przepisane jako obiekt egzotycznego pożądania metropolii.


Kiedy ciężkie, domowe żądania mojej przeszłości lub geograficzna samotność amerykańskiego krajobrazu zagrażały moim parametrom, moje pióro po prostu wycofywało się głębiej w sfabularyzowaną architekturę naszej gry. Griffin przejmował władzę nad atramentem, pisząc gorączkowe notatki do Sabiny o filiżankach kawy, które pachniały złowrogo ostrymi nożami, lub nakazując jej pójść sprawdzić, co z Magdą, ponieważ ta wyjechała, podróżując po prowincjonalnych wioskach Małopolski, uwięziona w nieskończonej filmowej pętli, odgrywając tragiczną rolę Rebeki zmywającej kończyny przy kamiennej studni. Przetwarzaliśmy naszą rzeczywistą, fizyczną separację na kuli ziemskiej, traktując nasze realia jako wysoce wystylizowaną trasę teatru eksperymentalnego, zamieniając realne granice naszego przemieszczenia w serię surrealistycznych scenariuszy.


Do lata w lipcu 2002 roku ten mechanizm obronny osiągnął swój absolutny, wyzwalający szczyt, dokonując całkowitej destrukcji uległego posłuszeństwa, które moje prowincjonalne wychowanie próbowało wbić w mój kręgosłup. Upominając się o kartę zatytułowaną ironicznie „Matka zawsze uczyła mnie tradycyjnych wartości”, przyjąłem płynną, kobiecą personę, pisząc do Magdy, że właśnie obudziłem się, by przeczesywać ulice miasta w poszukiwaniu nowego bogatego męża lub hojnego korporacyjnego sponsora, by zadowolić moją matkę. Użyłem broni języka kampu, by rozmontować dławiący ciężar matczynej władzy i konwencjonalnych oczekiwań rodzinnych, żartując o skanowaniu porannego horyzontu w poszukiwaniu bezzębnych kochanków i łykaniu dawek witaminy B-complex.


Na sąsiednich kartach powołana do życia została postać Ciotki Zośki, upijającej się potężnie australijskim Shiraz i gwałtownie zwracającej somatyczną katastrofę malin i jeżyn wprost na tapetę, tylko po to, by mój umysł mógł celebrować ten rozstrój jako nową awangardę wysokiej sztuki fotograficznej. Relacjonowałem całkowicie rozczarowującą randkę z lokalnym włoskim yoginem, odnotowując sucho, że człowiek ten był tak doszczętnie zwyczajny, iż jego rysy przypominały mi jedynie mojego wujka Dudka z Dziwiszowa. „– Seks z podobizną wujka Dudka to wcale nie jest dobry pomysł” – oświadczałem papierowi, konkludując, że powrót do matrymonialnych ogłoszeń drobnych i butelki Shiraz był jedynym logicznym wyjściem.


Z powodzeniem wzięliśmy sztywne, klaustrofobiczne gałęzie naszych polskich drzew genealogicznych i przesadziliśmy je bezpośrednio w serię kontrkulturowych komiksów. Ogniskowa automatyzacja mojego mózgu nie pracowała już nad stłumieniem nastoletniej paniki; była w pełni wyzwolona, malując po siatkach kartonów z luźną, genialną pewnością siebie. Byliśmy nienasyconymi autorami własnego wszechświata, używającymi linii pocztowych, by upewnić się, że bez względu na to, jak bardzo świat dorosłych próbował wtłoczyć nas w sterylne pudełko, nasze pragnienie pozostawało całkowicie nieokiełznane, żywe i pięknie wolne.


Do lata 2003 roku epistolarny samizdat, który Magda i ja utrzymywaliśmy ponad granicami Atlantyku, ewoluował w elitarną, śledczą dekonstrukcję samego zachodniego rynku. Działając z radykalnych kontrkulturowych perymetrów San Francisco – od eksperymentalnych ekranów kinowych The New Nothing Cinema przy Sherman Street po legendarne awangardowe parkiety performatywne 848 Community Space przy Divisadero – nasze pocztówki przestały być zwykłymi dowodami wygnania. Stały się precyzyjnymi instrumentami transgresywnej, psychoanalitycznej operacji chirurgicznej. Uczyniliśmy broń z błyszczących, komercyjnych szablonów „GoCard” amerykańskiego kapitalizmu, zmuszając je do goszczenia maniakalnego, genialnego potoku dwujęzycznych gier słownych, fallicznych leksykonów i surowych somatycznych ekspozycji.


Wewnątrz intymnego, onirycznego tekstu tych ostatnich kart moje pióro zainicjowało ekscentryczną kampanię strumienia świadomości, która cięła bezpośrednio przez kliniczny chłód moich wcześniejszych linii obrony. Upominając się o zapowiedź galeryjną zatytułowaną „Prima Facie”, otwarcie drwiłem ze sztywnych, obiektywnych kategorii tradycyjnej diagnostyki psychiatrycznej, pisząc do Magdy, że nieczyste, dzikie myśli aktywnie wędrują przez delikatną tkankę mojej szyszynki – historycznej, mitycznej siedziby ludzkiej duszy.


Zapełniłem kartę karnawałową sztuką teatralną, szczegółowo opisując, jak nasza wspólna postać Marcela zstąpiła na San Francisco z Krakowa, by maskować się jako artystka w lokalnym sex-shopie, tylko po to, by na otwarciu wystawy tak doszczętnie urżnąć się koktajlami z rumem, że jej nieskazitelne białe porcelanowe zęby wypadły jej z ust. Zamieniłem naszą rzeczywistą, geograficzną izolację w surrealistyczną trasę koncertową, żartując o umieszczeniu diamentu we własnym pępku i wgonieniu stada owiec w głąb czarnego jak smoła lasu, gdzie żadne ludzkie oczy nie mogły śledzić naszych ruchów. „– Magola – żyjmy chwilą, niech się stanie cud!” – krzyczałem na marginesach, podpisując transmisję jako „Kisses / Kris(es)” – spluralizowanym, pofragmentowanym podpisem, który celebrował naszą wewnętrzną fragmentację jako akt absolutnej wolności artystycznej.


Ostateczna integracja mojej historii dokonała się, gdy moja ręka wybrała pocztówkę promującą spektakl tańca współczesnego zatytułowany „Rough Drafts” (Brudnopisy) w 848 Community Space. Dla podmiotu, który od dawna stawiał tancerza na najwyższym z piedestałów – czcząc ich absolutne somatyczne mistrzostwo jako święte rozwiązanie dla fizycznego przemieszczenia, jakiego moje własne ciało doznało od czternastego roku życia – ten wybór płótna był głęboko znaczący. Pisałem do Magdy, że czarownica w sklepie z osobliwościami w Mission District sprzedała mi za dwa dolary niebiesko-zielony minerał chryzokoli, aby radykalnie wymusić otwarcie mojej czakry serca i zastymulować stłumioną zdolność do miłości w mojej piersi. Przyrównałem kolor tego kamienia szlachetnego do nieskończonej głębi oceanu, zanim dostarczyłem wspaniałe, prorocze zaproszenie: „– zabieram Cię na te tańce z brudnopisu w przyszłym tygodniu”.


Aktywnie pisaliśmy brudnopisy naszego przetrwania. Używając promocji spektaklu tancerzy jako domu dla naszych listów, moja nieświadomość ostatecznie negocjowała trwały traktat pokojowy między moim analitycznym umysłem a moim fizycznym ciałem, wykorzystując płynną suwerenność sceny do załatania surowych blizn mojej młodości.


Definitywny dowód tego analitycznego przebudzenia został przeprowadzony na błyszczącej powierzchni reklamy zapachu „Boss In Motion”. Przyjmując głos niemrugającego analityka, moje pióro wzięło hiper-męski, wystylizowany komercyjny ekran europejskiego handlu korporacyjnego i systematycznie rozdarło go na strzępy. Powiązałem elitarną wodę kolońską bezpośrednio z moimi rodzinnymi korzeniami na ulicy Morcinka, żartując, że nasza postać Bronia została zmuszona do smarowania swojego ciała surowym tranem z dorsza, ponieważ w starym reżimie nie było jej stać na luksus perfum ani tabletek z witaminą D.


Następnie, śledząc angielskie opisy handlowe produktu z maniakalną precyzją, przepuściłem tekst przez wyczerpujące tłumaczenie, obnażając ukrytą, pierwotną energię tętniącą pod kapitalistyczną maską. Przetłumaczyłem Deodorant Stick na kaskadową, rytmiczną kolumnę fallicznych znaczących: „pałka, laska, pręt, tyczka, żerdź, patyk, kij, batuta” – zanim narysowałem serię agresywnych czarnych strzałek w poprzek grafiki flakonu i dostarczyłem ostateczną prawdę kliniczną na marginesie: „– Tutaj wszystko jest o seksie; nawet te strzałki!!!!!!!!!!”.


Nie byłem już wygnaną mniejszością próbującą nauczyć się mówić ustami wewnątrz spanikowanego, wielokulturowego kręgu; stałem się mistrzem interlokucji, eksperckim dekoderem ukrytych kodów Wielkiego Innego. Wznieśliśmy absolutną, architektoniczną fortecę wewnątrz naszej korespondencji. Poprzez wspólną, nienasyconą liturgię naszych andaluzyjskich listów z powodzeniem wzięliśmy surowe, nienazywalne traumy Realnego i związaliśmy je ciasno, używając suwerennych narzędzi sztuki, teatru i literatury – dając pewność, że chłopiec, który niegdyś został uciszony za klatką ze skrzyń, mógł wreszcie wystąpić naprzód, podnieść głowę i podyktować swój pełny tekst całemu wszechświatowi.


Oto tłumaczenie ostatniej, zamykającej całą autobiografię części Twojego tekstu na język polski. Podobnie jak w poprzednich fragmentach, lakanowski aparat pojęciowy (Realne, porządek Symboliczny, obiekt alfa/obiekt a, popęd skopiczny, spojrzenie, rozszczepienie podmiotu) został przełożony zgodnie z polskim kanonem teoretycznym, a głęboko poetycka, teatralna i transowa struktura finału – zamykająca się klamrą powrotu i uziemienia – została w pełni zachowana.

[ for Magda ]

To open the physical drawers of the past is to risk an unvarnished encounter with the ghosts of the Real. On the evening of April 2, 1990—the exact day my biological clock completed its twenty-second rotation since my surgical incision into the world—I sat at my desk inside our shared bohemian sanctuary on Niemcewicza Street in Wrocław and executed a desperate, bleeding transmission to Magda. I was a young man swimming through a büyük tygiel—a massive, swirling crucible where bitter sorrow was violently mixing with the manic ecstasy of a youth on fire. I was running along a great, unmapped road of self-discovery, entirely unaware of what version of my ego I would ultimately encounter or what face would stare back at me from the mirror.

The ink on those sheets carried the scent of a sudden, shattering mortality. Only days prior, the absolute law of the flesh had broken through the perimeter of my campus dreams. My middle school friend and companion from SP-2, D. —the first straight human soul on earth to whom I had possessed the raw bravery to speak the literal, unvarnished words, “I am gay”—was dead. Ours had been a pure, intense bond entirely free of carnal desire, a pristine manifestation of the non-verbal “chumship” that Harry Stack Sullivan structuralized as the essential defensive armor of an exiled adolescence. We had sat into the quiet, early morning hours as I laid bare my hidden identity, and he had received my truth without a single flinch. Then, at twenty years old, a silent cerebral aneurysm—had ruptured within his brain during a school day. He survived a radical cranial surgery, lingering within the liminal space between life and death for two agonizing weeks before his light was permanently extinguished. He was in med school. He wanted to be a doctor, a physician…. Probably a psychiatrist. He was on his way.

The tragedy was rendered absolute by the ruthless intervention of the Name-of-the-Father. During those final two weeks of D.’s survival, his girlfriend at the time B. had traveled to my family home on Morcinka Street, desperately seeking my address in Wrocław so that we might share the burden of the vigil. But my father—acting with the cold, unblinking ignorance of a complete brute—flatly refused to offer her my coordinates, or didn’t even have them, systematically censoring the line of our connection. In the architecture of the Polish closet, the convenient silence of the family must always override the authentic cry of the subject. I discovered D.’s passing only by chance encounter with B. inside a moving train compartment, a full twenty-four hours after his body had already been lowered into the earth. “He missed you,” she shouted to me against the rhythmic clatter of the iron wheels. “He told me you were his only true friend, and that what he shared with you was the greatest thing in his life.”

It was a voice piercing through from behind the grave, a devastating call that shattered the fragile drywall of my defenses. I was left marooned in a state of profound cognitive dissonance, screaming at the dark: “God, if You exist—which I am beginning to doubt more and more—admit him to the contemplation of Your own light…”

Faced with this unendurable weight, my psyche automatically reached for the cold, precise tools of a clinical dictionary to prevent its own fragmentation. I wrote to Magda that my mind was suffering from a strange mutation of a cerebral rheumatism that was violently twisting my thoughts until I wanted to howl into the open air. I described my internal state as a virus creeping through the imagination, an epidemic of human cholera where death systematically touches every single living being with its long, bony skeletal finger. I diagnosed my own screaming soul as an atypical schizoaffective syndrome whose only medicine was the slow, mechanical passage of time. My Self had been sliced open with a blunt, administrative blade. Long before I would land in the Silicon Valley suburbs to hide behind the sterile terminology of an American healthcare grid, my mind had already learned how to turn language into a clinical shield, a defensive samizdat designed to hide the raw, bleeding tissue of my vulnerability from anyone who might rifle through the drawers of my desk.

Yet, beneath the clinical ice, the Andalusian Sinthome held our parameters safe. I turned the page of the letter and invited Magda back into our secret, parallel Dreamlandia. “Where are you, Magda?” I demanded of the paper. Tell me all of it and don’t stop until we reach infinity! Pour yourself some wine, drink your coffee, light a cigarette, and steady your trembling hands.” We were two beautiful, insatiable misfits operating on the edge of a dying world, using the physical postal service of a collapsing communist state to smuggle our forbidden reality back and forth across the province. We embraced the radical, unyielding manifesto that she had once written to me: our destiny is to remain completely, beautifully insatiable with everything. I enclosed the lyrical, romantic defiance of D.’s final poetic gift, a morning overture where we would dance through every room of our imaginary house before slipping quietly through the back door toward the bulwarks of a sovereign sea.

The clock was ticking, and the date of my birth—April 2, 1968—was permanently inscribed into the text as an absolute reminder that time is an installment plan to be collected without notice. But as I signed my name to that letter under the fading Wrocław light, the panic of the closet dissolved. Magda was holding the mirror. She was the absolute, unconditional witness who validated my existence when the culture demanded my erasure. Armed with her gaze and the shared liturgy of our secret letters, I knew that no brute could ever breach the fortress we had built within our minds. We had found the boat, we were navigating the river of our trauma, and we were ready to claim our throne in the metropole.

By November of 2001, the analog, protective walls of the post-regime closet had been permanently shattered and replaced by a highly sophisticated, bilingual epistolary theater piece. Sitting inside the warm perimeter of the Tully’s coffee shop on Filmore Street in the San Francisco’s Pacific Heights District, mere moments before stepping next door to open the consultation room of my psychotherapy / psychoanalysis practice, I sat with a pen and executed a brilliant, multi-voiced transmission to Magda’s sanctuary on  Zwierzyniecka Street in Kraków. We were no longer nineteen-year-old outcasts hiding beneath the grey fog of the PRL; we had successfully weaponized the commercial postcard culture of the American metropole to serve as the structural playground for our Andaluzian Sinthome.

Our letters had evolved into a magnificent, dual-voiced performance art that directly mirrored the epistolary magic of Griffin & Sabine. To protect the fragile boundaries of our sovereign truth, my psyche had executed a conscious, liberating split. There was Krzysztof—the rational, reality-bound analyst preparing to receive the psychological narratives of the city—and there was Griffin, my wild, counter-cultural, hyper-defensive, and artistic shadow voice. Magda, in turn, had split her own reflection into Sabina, a fictionalized alter-ego who could receive our transgressive, poetic dispatches without a single flinch. In this parallel universe, my historical rejections were transformed into a sharp, comedic armor. I could write postcards to Sabina under the guise of Griffin, playfully declaring that my shadow was a “ghastly heterophobe who viewed the conventional, straight world with an intense, satirical distrust, or celebrate the raw release of desire by quoting old pop choruses into the margin: „Ole, Ole, niech żyją młode żądze… dopóki są… cukierki!” (Ole, Ole, Hail to the young desires… for as long as… all the candy lasts.”

This epistolary theater allowed me to execute an elite, protective alienation of the childhood traumas that had once suffocated my chest. When the voices of my provincial origin breached my parameters via the telephone lines—whether it was an older woman calling from the vertical shadows of Jelenia Góra to babble about domestic disputes or my own mother demanding attention over administrative bank forms—my pen transformed their demands into an absurd, faraway comedy. I wrote to Magda that a voice had drifted in from some distant town called Jelenia Góra—joking with an outsider’s detachment that I couldn't quite remember if it was located somewhere in Slovakia—dismissing their frantic communications as  “some kind of a barbaric Slavic language.” The mother who had once execution-style cut my connection to Darek’s deathbed was now re-written as a theatrical character: It’s me, Mother – do you understand what this means? By turning the heavy, suffocating baseline of my family origin into an unreadable, distant fiction, I was extracting the poison from the Auditory Grid.

My handwriting itself had undergone a monumental neuro-somatic evolution since the claustrophobic midnights of 1990. The dense, hyper-vigilant, fortissimo pressure that had once caused my pen to bite like a structural blade into the paper fiber had dissolved into an elegant, dancing, and hyper-fluid cursive. The unyielding left margin remained as the anchor of my internal discipline, but the words now rolled across the page with a loose, joyful, and breathless velocity. We were building a magnificent caravan under the influence of Tori Amos, flying a phantom Concorde across the Atlantic to act as witnesses to a surrealist wedding where Griffin ran through the streets of San Francisco searching for a clairvoyant to decide which groom to marry. We were no longer running from the invoice of the grim reaper; we were using the mail system to construct an absolute, unholy fortress of art and empathy. Magda remained the Absolute Other, the eternal keeper of the line who held my truth safe while I sat on the corner of Landers Street, looking out at the rain, entirely proud of the insatiable universe we had willed into existence.

By the arrival of the new millennium, the Andaluzian Sinthome that Magda and I had co-created to survive the gray parameters of the PRL had completed a spectacular, trans-continental leap into the realm of pure counter-cultural camp. Operating out of my Landers Street sanctuary and the bohemian tables of the Java Supreme Cafe on Guerrero Street, the postcards I launched across the Atlantic to Zwierzyniecka Street in Kraków were no longer desperate shields against an unnamable grief; they had become an active, multi-voiced avant-garde theater production. We had systematically broken apart the monolithic constraint of the singular ego, split-routing our dispatches through a vibrant caravan of fluid alter-egos—Griffin, Sabina, and the intoxicating, wine-soaked figure of Auntie / Ciotka Zośka.

The postcards themselves—plucked from the free commercial "GoCard" racks lining the walls of the San Francisco underground scene—served as the perfect architectural playgrounds for our epistolary samizdat. In November of 2001, writing beneath the commercial marquee of an Orbitz “Planet Earth” card, my pen explicitly executed a triumphant loop back to my origins. I quoted Maanam’s progressive anthem—“A planety szaleją; się miatają…” (And the planets go wild; they are thrashing)—before declaring to Magda that our magical triad marked a definitive return to the gynecological and structural sources of my birth within the Cieplice Maternity ward.

In that exact same space, the old somatic traumas of my youth were subjected to a brilliant, comedic re-interpretation. I recounted a late-night excursion through the Mission District where two African men had fallen into an absolute aesthetic adoration of my nose—the exact same facial features that had been shattered into a crimson pool on the Polish snow and left permanently asymmetrical by a public hospital surgeon. They had track me down, shouting “Dziękuję, dziękuję” in pristine, un-accented Polish, proving to my consciousness that our exile had achieved an elite, worldly validation. The very flesh that had once been the site of my profound physical displacement was now re-written as an object of exotic metropole desire.

When the heavy, domestic demands of my past or the geographic loneliness of the American landscape threatened to crowd my parameters, my pen simply retreated deeper into the fictionalized architecture of our play. Griffin would assume command of the ink, writing frantic notes to Sabina about coffee cups that smelled ominously of sharp knives, or instructing her to go check on Magda because she was out traveling across the provincial villages of Greater Poland (Małopolska), trapped in an endless cinematic loop playing the tragic role of Rebeka washing her limbs at the stone well. We processed our actual, physical separation across the globe by treating our realities as a hyper-stylized experimental theater tour, transforming the real limits of our displacement into a series of surrealist scripts.

By the summer of July 2002, this defense mechanism reached its absolute, liberating peak, executing a complete destruction of the submissive obedience that my provincial upbringing had tried to force into my spine. Claiming a card mockingly titled “Mother Always Taught Me Traditional Values,” I adopted a fluid, feminine persona, writing to Magda that I had just woken up to cruise the city streets in search of a wealthy new husband or a generous corporate sponsor to please my mother. I weaponized the language of camp to dismantle the suffocating weight of maternal authority and conventional family expectations, joking about scanning the morning horizon for toothless lovers and downing doses of Vitamin B-complex.

On the adjacent cards, the character of Auntie / Ciotka Zośka was brought to life, getting magnificently drunk on Australian Shiraz and violently vomiting a mess of raspberries and blackberries across the wallpaper, only for my mind to celebrate the somatic disaster as a new vanguard of high photographic art. I recounted a thoroughly disappointing date with a local Italian yogi, dryly noting that the man was so entirely ordinary that his features merely reminded me of my uncle Dudek from Dziwiszów. “Sex with the likeness of uncle Dudek is not a good idea at all” I declared to the paper, concluding that a return to the matrimonial classifieds and the bottle of Shiraz was the only logical recourse.

We had successfully taken the rigid, claustrophobic branches of our Polish family trees and transplanted them directly into a series of counter-cultural comic strips. The focal automation of my brain was no longer working to suppress a pubertal panic; it was fully liberated, painting across the cardboard grids with a loose, brilliant confidence. We were the insatiable authors of our own universe, using the postal lines to ensure that no matter how hard the adult world tried to force us into a sterile box, our desire remained completely untamed, alive, and beautifully free.

By the summer of 2003, the epistolary samizdat that Magda and I maintained across the borders of the Atlantic had evolved into an elite, forensic deconstruction of the Western marketplace itself. Operating from the radical counter-cultural perimeters of San Francisco—from the experimental film screens of The New Nothing Cinema on Sherman Street to the legendary avant-garde performance floors of the 848 Community Space on Divisadero—our postcards had ceased to be mere tokens of exile. They had become the precise instruments of a transgressive, psychoanalytic surgery. We weaponized the glossy, commercial "GoCard" templates of American capitalism, forcing them to host a manic, brilliant torrent of bilingual puns, phallic lexicons, and raw somatic exposures.

Inside the intimate, dreamlike text of these final cards, my pen initiated an eccentric, stream-of-consciousness campaign that sliced directly through the clinical coldness of my earlier defenses. Claiming a gallery announcement titled “Prima Facie,” I openly mocked the rigid, objective categories of traditional psychiatric diagnostics, writing to Magda that unchaste, wild thoughts were actively wandering through the delicate tissue of my pineal gland—the historical, mythic seat of the human soul.

I populated the card with a carnivalesque theater piece, detailing how our shared character Marcela had descended upon San Francisco from Kraków to masquerade as an artist inside a local sex shop, only to get so entirely fucked up on rum cocktails at an exhibition opening that her immaculate white porcelain teeth fell out of her mouth. I turned our actual, geographic isolation into a surrealist tour, joking about inserting a diamond into my own navel and driving a herd of sheep into a pitch-black forest where no human eyes could track our movements. „Magola – żyjmy chwilą, niech się stanie cud!” (Mago – let us live in a moment, and let the miracle commence!) I shouted into the margins, signing the transmission as „Kisses / Kris(es)”—a pluralized, fractured signature that celebrated our inner fragmentation as an act of absolute artistic liberty.

The ultimate integration of my history occurred when my hand selected a postcard promoting a modern dance performance titled “Rough Drafts” at the 848 Community Space. For a subject who had long placed the dancer upon the highest of pedestals—worshipping their absolute somatic mastery as a sacred resolution for the physical displacement my own body had suffered since my fourteenth year—this choice of canvas was deeply significant. I wrote to Magda that a witch inside a Mission District curiosity shop had sold me a blue-green Chrysocolla mineral for two dollars to radically force open my heart chacra and stimulate the repressed capacity for love inside my chest. I likened the gemstone's color to the infinite depth of the ocean, before delivering a magnificent, prophetic invitation: Next week, I am taking you to dance out all those dances from the scrapbook („zabieram Cię na te tańce z brudnopisu w przyszłym tygodniu”).

We were actively writing the rough drafts of our survival. By using the promotion for the dancers' performance as the home for our letters, my unconscious was finally negotiating a permanent peace treaty between my analytical mind and my physical flesh, using the fluid sovereignty of the stage to patch up the raw scars of my youth.

The definitive proof of this analytical awakening was executed across the glossy surface of a “Boss In Motion” fragrance advertisement. Adopting the voice of the unblinking analyst, my pen took the hyper-masculine, stylized commercial screen of European corporate retail and systematically ripped it to shreds. I linked the elite cologne directly back to my family roots on Morcinka Street, joking that our character Bronia had been forced to smear her flesh with raw cod liver oil because she couldn't afford the luxury of perfume or Vitamin D tablets under the old regime.

Then, tracking the English retail product descriptions with a manic precision, I ran the text through an exhaustive translation, exposing the hidden, primal energy pulsing beneath the capitalist mask. I translated Deodorant Stick into a cascading, rhythmic column of phallic signifiers— club, cane, rod, pole, perch ,stick, staff, and conductor's baton („pałka, laska, pręt, tyczka, żerdź, patyk, kij, batuta”)—before drawing a series of aggressive black arrows across the bottle graphic and delivering the ultimate clinical truth into the margin: Everything is about sex here – especially these arrows! („Tutaj wszystko jest o seksie; nawet te strzałki!!!!!!!!!!”).

I was no longer an exiled minority trying to learn how to speak with his mouth inside a panicky multicultural circle; I had become the master interlocutor, the expert decoder of the hidden codes of the Big Other. We had built an absolute, architectural fortress inside our correspondence. Through the shared, insatiable liturgy of our Andalusian letters, we had successfully taken the raw, unnamable trauma of the Real and bound it tightly using the sovereign tools of art, theater, and literature, ensuring that the boy who had once been silenced behind a cage of crates could finally step forward, lift his head, and dictate his full speech to the universe.

Subscribe for FREE to our Audience

Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.

Member discussion