8 min read

(un)Real. act I/32: The First Saturn Return. [End of act I]

(un)Real. act I/32: The First Saturn Return. [End of act I]

32. The First Saturn Return

PL: 32. Pierwszy Powrót Saturna [Koniec Aktu I]

Na koniec lat 70., pod dławiącą, szarą grawitacją komunistycznej Polski ery Gierka, w tkance mojej rzeczywistości pojawiło się radykalne rozdarcie. Brat mojego dziadka, który uciekł z ruin Europy natychmiast po drugiej wojnie światowej, powrócił, by odwiedzić nasz wielopokoleniowy dom w Jeleniej Górze. Przywiózł ze sobą zwyczajny kawałek amerykańskiego plastiku, który dla mojego dziecięcego oka zadziałał niczym głębokie, rozbijające światło objawienie: View-Master.


Kiedy przycisnąłem plastikową lornetkę do twarzy, odcinając się od dość ponurych ścian naszego domu, mój wzrok został natychmiast wciągnięty w wysoce nasycony, trójwymiarowy alternatywny świat. View-Master funkcjonował jako absolutny aparat popędu skopicznego, więżąc moje oko w nieskalanej zamkniętości spojrzenia jako obiektu alfa (object a). Był to wizualny dowód na to, że rzeczywistość nie jest monolityczną klatką. Kliknąłem mechaniczny suwak, a tekst mojej przyszłości został wdrukowany w mój mózg w żywych, stereoskopowych barwach: był tam Piotruś Pan, wieczny chłopiec odrzucający grawitację dorosłości; były tam wspaniałe, filmowe krajobrazy amerykańskiego Południowego Zachodu; i była tam uderzająca, hiperrealna zieleń egzotycznej żaby drzewnej. Był to absolutny somatyczny szok, dowód na to, że rzeczywistość to partytura, którą można radykalnie wymyślić na nowo przez ciemną przysłonę.


Głęboko w swoim bagażu jako pozostałość po jakimś odległym amerykańskim tranzycie, niechcący zostawił również papierową mapę drogową stanu Waszyngton. Na długo zanim posiadłem narzędzia językowe do nawigowania w obcej mowie, spędzałem godziny na podłodze, wodząc palcem po zawiłych czarnych liniach i zielonych siatkach tamtej mapy. Jedynym „Waszyngtonem”, jaki znał mój świat, był Waszyngton, D.C. – odległa, sterylna stolica zachodniego imperium. Ten drugi Waszyngton był zagadką nierozwiązywalną, geograficznym duchem ukrywającym się w mojej szufladzie.


Nie miałem pojęcia, że mój dziecięcy palec wytyczał dokładne współrzędne mojego ostatecznego przeznaczenia – że ta mapa była suwerennym scenariuszem, programującym z góry ocienione górami akry w Graham w stanie Waszyngton, gdzie pewnego dnia zaparkuję swój traktor i będę zarządzał własną domeną szkolenia klinicznego. Latach później dokładnie ta sama rodzina wywodząca się od owego odwiedzającego nas wujka odebrała tego dwudziestotrzyletniego gówniarza z Międzynarodowego Lotniska w San Francisco, wioząc mnie w dół do Campbell, by rozpocząć moje wygnanie. Czy było to pasywne poddanie się nurtowi, czy radykalna, czarownicza manifestacja wolnej woli? Ta dwoistość rozszczepiała moją psyche przez dekady: Mistrz Zen, który poddaje się fali, kontra Czarownica, która agresywnie manipuluje niewidocznymi nurtami w pokoju.


Lecz wraz z nadejściem mojego pierwszego Powrotu Saturna, w słodkim, bezwzględnym wieku dwudziestu dziewięciu lat, próby oficjalnie dobiegły końca. Nadszedł czas premiery i oddania tekstu. W 1998 roku formalnie przyznano mi w USA tytuł magistra psychologii klinicznej; formalnie zostałem zaprzysiężony jako obywatel Stanów Zjednoczonych i w tym samym roku wszedłem na pokład samolotu, by odbyć swoją pierwszą podróż powrotną do Polski od czasu wyjazdu w 1991 roku. Minęło siedem lat. Folklor uwielbia szeptać, że siedem lat to biologiczny reset – dokładne okienko czasowe, w którym każda komórka ludzkiego ciała kopiuje się i zastępuje na nowo, przekształcając podmiot w całkowicie nową fizyczną kopię tego, co zostawił za sobą. Ta nauka była fikcją, ale gwiazdy nie kłamały. Pierwotny pianista, pofragmentowany syn i żyjący w szafie kochanek zostali gruntownie przetworzeni przez amerykańską machinę. Publiczność zajęła miejsca. Kurtyna miała właśnie pójść w górę.


…Powietrze za kulisami, w bocznych skrzydłach estrady, jest gęste od dławiącego zapachu ozonu, lakieru do włosów i suchego lodu. Ukryci w cieniu aktorzy tłoczą się obok siebie niczym narowiste konie wyścigowe w boksach startowych – ich nozdrza rozszerzają się, mięśnie drżą gwałtownie pod ciężką wełną, sztywnymi kołnierzami i powiewającymi jedwabnymi kostiumami. W tym ścisku kryje się pierwotny, klaustrofobiczny żar. Są uwięzieni w absolutnej ciemności, wpatrując się w potężną, niemrugającą aksamitną przestrzeń głównej kurtyny. Po drugiej stronie tej ciężkiej tkaniny setki stłumionych ludzkich głosów szumią w oczekiwaniu.


Przy biurku inspicjenta jarzące się monitory rzucają sterylne, niebieskie światło na otwarte strony egzemplarza reżyserskiego. Krótki, hiper-precyzyjny głos inspicjenta przecina szum trzydziestu słuchawek jednocześnie – absolutny, nieugięty i pozbawiony wszelkich wątpliwości.


– Miejsca do aktu pierwszego, scena 30, proszę. Zaczynamy. Na widowni ciemność.


W kącie inspicjenta zatrzeszczał interkom, nadając swój elektroniczny nakaz bezpośrednio do garderób: Aktorzy na scenę. Cisza za kulisami.


Światła na widowni gwałtownie gasną. Zbiorowy szmer publiczności znika w ułamku sekundy, zastąpiony przez nagłą, ciężką próżnię ciszy. To jest definitywny punkt, z którego nie ma już powrotu. To Przy drzwiach zamkniętych Sartre’a przepakowane w wysoką sztukę awangardową: kiedy machina rusza w ruch, nie ma już ucieczki. Jeśli kwestia zostanie zapomniana, jeśli rekwizyt roztrzaska się o deski podłogi, jeśli serce pęknie w kulisach – mechanizm zegarowy nie może zostać zatrzymany. Muszą grać aż do gorzkiego końca. Nie ma drzwi, przez które można wyjść, jest tylko bezlitosny, prący naprzód pęd scenariusza.


Inspicjent wypuszcza powietrze, a jego palec unosi się nad kontrolką sygnałową.


– Gotowość, główna kurtyna... Kurtyna w górę. Jazda.


Sztangi i liny trzeszczą pod ogromnym ciężarem. Aksamit się rozsuwa. Oślepiające, białe światła rampy uderzają w aktorów niczym fizyczny cios, wywlekając ich surowe ciała na arenę. Przez dwie godziny obraca się ten zegarowy wszechświat. Aktorzy krwawią, pocą się i płynnie wymyślają rzeczywistość na nowo na ostrzu noża, całkowicie zdani na łaskę strukturalnych sygnałów. Są pięknymi więźniami tej narracji, związanymi ciasno niewidzialnymi ścianami sceny.


Wtem ostatni harmoniczny akord sztuki rozbrzmiewa pod sufit. Scena zostaje pogrążona w nagłej, aksamitnej ciemności. Oklaski uderzają w proscenium niczym potężna fala tsunami, lecz za kulisami oddech wciąż jest wstrzymany. Intensywne napięcie wciąż pozostaje ciasno zwinięte w ciemności. Dopiero gdy klaskanie zaczyna cichnąć na widowni, inspicjent pochyla się wreszcie nad mikrofonem, zdejmując niewidzialną klatkę.


– Dziękuję wszystkim. Mamy blackout. Światła na widownię. – Nawiasem mówiąc: przeżyliśmy pluskwę milenijną Y2K; żadne samoloty nie spadły z nieba. Życzę wszystkim dobrej nocy.


Zaklęcie pęka. Konie wyścigowe zamieniają się z powrotem w zwyczajnych ludzi. Aktorzy opuszczają ramiona, ścierają gruby pot z czół i wreszcie, bezpiecznie, oddychają. Scenariusz został wykonany, występ jest zapisany, a mistrz rytmu stoi idealnie zintegrowany w samym centrum własnej sceny.

Sometime during the late 1970s, beneath the suffocating, gray gravity of Carter-era Communist Poland, a radical tear appeared in the fabric of my reality. My grandfather’s brother, who had escaped the wreckage of Europe immediately after the Second World War, returned to visit our multigenerational home in Jelenia Góra. He brought with him an ordinary piece of American plastic that, to my child’s eye, operated as a profound, light-shattering revelation: a View-Master.

When I pressed the plastic binoculars to my face, blocking out the somewhat drab walls of our home, my gaze was instantly dragged into a highly saturated, three-dimensional alternative world. The View-Master operated as the absolute apparatus of the scopic drive, trapping my eye in the pristine enclosure of the gaze as object a. It was visual proof that reality was not a monolithic cage. I clicked the mechanical lever, and the text of my future was stamped into my brain in vivid, stereoscopic color: there was Peter Pan, the eternal youth refusing the gravity of adulthood; there were the brilliant, cinematic travelscapes of the American Southwest; and there was the shocking, hyper-real green of an exotic tree frog. It was an absolute somatic shock, a visual proof that reality was not a monolithic cage, but a score that could be radically reimagined through a dark aperture.

Buried deep within his luggage, left over from some distant American transit, he also inadvertently left behind a paper road map of Washington State. Long before I possessed the linguistic tools to navigate an alien tongue, I spent hours on the floor tracing the intricate black lines and green grids of that map. The only "Washington" my world recognized was Washington, D.C.—the distant, sterile capital of the Western empire. This second Washington was an insoluble puzzle, a geographical ghost hiding in my drawer.

I had no way of knowing that my child's finger was tracing the exact coordinates of my ultimate destiny—that the map was a sovereign script, pre-programming the mountain-shadowed acres of Graham, Washington, where I would one day park my tractor and command my own clinical training domain. Years later, the very family descended from that visiting uncle would pick up my twenty-three-year-old frame from San Francisco International Airport, driving me down to Campbell to begin my exile. Was it a passive surrender to the flow, or a radical, witchcraft manifestation? The duality split my psyche for decades: the Zen Master who yields to the tide versus the Witch who aggressively manipulates the unseen currents of the room.

But by the arrival of my first Saturn Return, at the sweet, unforgiving age of twenty-nine, the rehearsals were officially over. The time for delivery had arrived. In 1998, my Master’s Degree in clinical psychology was formally bestowed upon me in the US; I was formally swarmed as a US citizen, and that exact same year, I boarded an aircraft to make my very first trip back to Poland since my departure in 1991. Seven years had elapsed. Folklore loves to whisper that seven years is the biological reset—the exact window in which every cell in the human body re-copies and replaces itself, transforming the subject into a completely new physical copy of what they left behind. The science was a fiction, but the stars did not lie. The original pianist, the fractured son, and the closeted lover had been thoroughly processed through the American machine. The audience was seated. The curtain was about to go up.


… The backstage air in the wings is thick with the suffocating scent of ozone, hairspray, and dry ice. Hidden in the shadows, the actors bunch together like high-strung racehorses at the starting gate—their nostrils flaring, their muscles twitching violently beneath heavy wool, stiff collars, and sweeping silk costuming. There is a primal, claustrophobic heat to the huddle. They are trapped in the absolute dark, staring out at the massive, unblinking velvet expanse of the main drape. On the other side of that heavy fabric, hundreds of muffled human voices murmur in anticipation.

At the stage manager’s desk, glowing monitors cast a sterile, blue light over the open pages of the prompt book. The clipped, hyper-precise voice of the stage manager cuts through the static of thirty headsets simultaneously—absolute, unyielding, and scrubbed of all doubt.

"Places for Act One, Scene 30, please. We are going. House is dark."

In the prompt corner, the intercom crackles awake, broadcasting its electronic command directly into the dressing rooms:  Actors to the stage. Quiet backstage.

The house lights plunge to black. The audience’s collective murmur vanishes in an instant, replaced by a sudden, heavy vacuum of silence. This is the definitive point of no return. It is Sartre’s No Exit repackaged as high avant-garde art: once the machine starts turning, there is no escape. If a line is dropped, if a prop shatters on the floorboards, if a heart breaks in the wings, the clockwork cannot be stopped. They must perform until the bitter end. There is no door to walk out of, only the relentless, forward momentum of the script.

The stage manager breathes out, his finger hovering over the cue light.

"Standby Main Rag... Curtain up. Go."

The fly lines groan under the immense weight. The velvet parts. The blinding, white stage lights strike the actors like a physical blow, dragging their raw bodies out into the arena. For two hours, the clockwork universe turns. The actors bleed, sweat, and fluidly reinvent reality on a knife's edge, entirely at the mercy of the structural cues. They are the beautiful prisoners of the narrative, bound tightly by the invisible walls of the stage.

Then, the final harmonic chord of the play rings out through the rafters. The stage is plunged into a sudden, velvety darkness. The applause hits the proscenium like a massive tidal wave, but backstage, the breath is still held. The intense pressure is still coiled tight in the dark. Only when the clapping begins to fade across the house does the stage manager finally lean into the microphone, releasing the invisible cage.

"Thank you, everyone. That is a blackout. Houses are up." BTW: We survived Y2K; no airplanes fell off the skies. Have a great night everybody.

The spell breaks. The racehorses turn back into ordinary humans. The actors slump their shoulders, wipe the heavy sweat from their brows, and finally, safely, breathe. The script has been executed, the performance is inscribed, and the master of the rhythm stands perfectly integrated in the center of his own stage.

[ END OF ACT I ]

Subscribe for FREE to our Audience

Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.

Member discussion