7 min read

(un)Real. act I/06: The Portals of the Spirit.

(un)Real. act I/06: The Portals of the Spirit.

6. The Portals of the Spirit

PL: 06. Portale Ducha

Na długo zanim przekroczyłem próg uniwersytetu czy psychoanalitycznego sympozjum, by debatować z Jacques’em Sibonim, Davidem Marriottem czy Teresą de Lauretis pod egidą Lutecium-US, moje prawdziwe duchowe przebudzenie zostało zainaugurowane przez akwarium.


Miało to miejsce pod koniec lat 70. w skromnych, publicznych murach Oddziału Dziecięco-Młodzieżowego Biblioteki Miejskiej przy ulicy Wojska Polskiego 65 w Jeleniej Górze. Byłem wtedy chłopcem z trzeciej klasy, całkowicie zagubionym w cichej, niewypowiedzianej samotności tożsamości, która nie miała żadnej waluty w szarym, stagnacyjnym świecie komunistycznej Polski. Mój szkolny kolega Darek zapisał się do biblioteki, a ja ruszyłem za nim w jej ciche, wyłożone książkami wnętrze niczym poszukiwacz wkraczający do ukrytej świątyni. Bibliotekę prowadziły dwie wspaniałe, macierzyńskie kobiety, które zrobiły coś, co na zawsze zmieniło architekturę mojego umysłu: zaproponowały nam, byśmy zostali oficjalnymi opiekunami i pomocnikami potężnego, jarzącego się akwarium, które stanowiło centralny punkt pokoju.


W tamtym momencie biblioteka stała się moim pierwszym autentycznym sanktuarium – przestrzenią, która należała całkowicie do mnie. Szyba tego akwarium nie była barierą, lecz soczewką; patrząc przez nią, mała, stojąca sadzawka mojej prowincjonalnej egzystencji rozpuszczała się w potężnym, dzikim, samoświadomym oceanie. Biblioteka była portalem do kosmosu, skrzyżowaniem wielu równoległych wszechświatów. To tam pochłonąłem W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza oraz 20 000 mil podmorskiej żeglugi Juliusza Verne’a, a mój umysł rozszerzał się wraz z głębinowymi eksploracjami Kapitana Nemo. W niedzielne poranki siedziałem przyklejony do telewizora, ogarnięty obsesją na punkcie szwedzkiej adaptacji Pippi Pończoszanki, rozpaczliwie pragnąc odzwierciedlić jej dumną, ekscentryczną autonomię. Mojego Boga nie odnalazłem w sztywnych, dogmatycznych ławkach polskiego Kościoła katolickiego; Nieskończoność odkryłem w bibliotece. Z tego świętego perymetru książek i wody mój umysł uczynił broń ze swojej inteligencji językowej, by polować na tajemnice Trójkąta Bermudzkiego, loty UFO, kosmiczną matematykę Wed oraz spływające krwią kamienne kalendarze Majów i Azteków. Rzeczywistość wokół mnie stała się ryczącym, dzikim morzem – siłą zdolną zarówno dawać, jak i odbierać życie, a jednocześnie całkowicie spokojną w swojej absolutnej suwerenności.


Przez lata nosiłem ten prywatny wszechświat w sobie – cichą, filmową taśmę, co do której bałem się, że nigdy nie uda się jej odpowiednio wpisać w świat. Kiedy później odkryłem transgresywną, elektryzującą literaturę Manueli Gretkowskiej – pożerając jej arcydzieła: Podręcznik dla ludzi, Tarot paryski i My zdies’ immigranty w dokładnie takiej samej, raniącej sekwencji, w jakiej przebiegało moje własne psychologiczne wygnanie – moje serce zamarło. Gretkowska była najbliższym, najbardziej przerażająco trafnym odbiciem tego, jak brzmiał mój własny umysł (jedynym innym punktem odniesienia była Kathy Acker i jej In Memoriam to Identity). Jej proza posiadała dokładnie tę samą mieszankę psychoanalitycznej głębi, bilingwicznego tarcia oraz ostrego jak brzytwa, performatywnego dowcipu komików stand-upowych i drag queens, których tak głęboko kochałem. Jednak sam geniusz jej głosu początkowo zadziałał jako obezwładniający mechanizm uciszający. Jak ja mogę z tym kiedykolwiek konkurować? – szeptałem do siebie. Co ja mogę w ogóle napisać, co nie zostało już obnażone przez jej pióro?


Ta twórcza inhibicja nie przypominała zwykłej blokady artystycznej; była jak wewnętrzne, przebijające ostrze, wsunięte cichaczem za moje plecy – zimne, mechaniczne upuszczanie krwi, zaprojektowane nie dla jakiejś wielkiej religijnej ofiary czy boskiego sądu, lecz będące zwykłym zadaniem administracyjnym, mającym po prostu spowolnić mój bieg. Był to egzystencjalny drenaż, który odzwierciedlał słynne dzieło sztuki współczesnej Can’t Help Myself autorstwa Sun Yuana i Peng Yu na Biennale w Wenecji – to potężne, odizolowane robotyczne ramię zamknięte za akrylową szybą, zaprogramowane tak, by bez końca, z niesamowitą elegancją zgarniać z powrotem do swojego centrum wyciekający olej hydrauliczny. Jako ludzie antropomorfizujemy tę maszynę, ponieważ obnaża ona dokładnie tę przerażającą daremność, którą przez całe życie próbujemy maskować relacjami w mediach społecznościowych, pustymi opowieściami i maniakalnymi uzależnieniami. Wszyscy jesteśmy tym robotem, rozpaczliwie próbującym zagarnąć wyciekającą walutę naszej własnej śmiertelności, by utrzymać silniki na chodzie, uciekając przed ostateczną, samotną rzeczywistością grobu.


A jednak to właśnie w tym kruchym, nieszczelnym naczyniu biologicznego ciała dokonuje się cud integracji. Moja własna kariera miała ostatecznie przerzucić most nad tymi głębokimi filmowymi pęknięciami, wyprowadzając mnie z cichych kawiarni San Jose wprost do awangardowych kręgów psychoanalitycznych Północnej Kalifornii i Północno-Zachodniego Wybrzeża. Miałem stanąć przed arcydziełem Davida Cronenberga eXistenZ, wygłaszając analityczne referaty ramię w ramię z tak potężną postacią intelektualną jak Teresa de Lauretis oraz lakanowskim mistrzem Jacques’em Sibonim podczas sympozjów Lutecium. Nie byłem już tylko wagarującym chłopcem ukrywającym się w kawiarni aktorskiej ani samotnym imigranckim pingwinem człapiącym przez wielopasmowy beton San Tomas Expressway. Pozwalając krwi płynąć z tego cięcia, odmawiając uciszenia przez doskonałość tych, którzy szli przede mną, ostatecznie przekuwałem hydrauliczny wyciek mojego przemieszczenia w głęboki, uniwersalny tekst. Stawałem na scenie własnego życia, gotów wypowiedzieć do końca swój tekst w przestrzeń pokoju, wiedząc, że kamera w końcu ruszyła...

Long before I ever stepped across the threshold of a university or a psychoanalytic symposium to debate with Jacques Siboni, David Marriott, or Teresa de Lauretis under the auspices of Lutecium-US, my true spiritual awakening was inaugurated by an aquarium.

It took place in the late 1970s within the modest, public walls of the Youth Division of the City Library at 65 Wojska Polskiego Street in Jelenia Góra. I was a third-grade boy, completely lost within the quiet, unutterable solitude of an identity that had no currency in the grey, stagnant world of communist Poland. My grade-school friend Darek had become a member of the library, and I followed him into its quiet, book-lined interior like a seeker entering a hidden temple. The library was run by two wonderful, maternal women who did something that forever altered the architecture of my mind: they invited us to become the official custodians and helpers of a massive, glowing fish tank that anchored the room.

In that moment, the library became my very first authentic sanctuary—a space that belonged entirely to me. The glass of that aquarium was not a barrier, but a lens; looking through it, the small, stagnant pond of my provincial existence dissolved into a vast, wild, self-aware ocean. The library was a portal to the cosmos, an intersection of multiple parallel universes. It was there that I consumed Henryk Sienkiewicz’s W pustyni i w puszczy and Jules Verne’s Twenty Thousand Leagues Under the Sea, my mind expanding alongside the deep-sea explorations of Captain Nemo. On Sunday mornings, I sat glued to the television, obsessed with the Swedish adaptation of Pippi Longstocking, desperate to mirror her fierce, eccentric autonomy. I did not find my God in the rigid, dogmatic pews of the Polish Catholic Church; I found the Infinite in the library. From that sacred perimeter of books and water, my mind weaponized its linguistic intelligence to hunt down the mysteries of the Bermuda Triangle, the flight of UFOs, the cosmic mathematics of the Vedas, and the blood-soaked stone calendars of the Mayans and Aztecs. The reality around me became a roaring, wild sea—a force capable of both giving and taking life, yet entirely peaceful in its absolute sovereignty.

For years, I carried this private universe inside me, a silent, cinematic reel that I feared could never be adequately inscribed into the world. When I later discovered the transgressive, electric literature of Manuela Gretkowska—devouring her masterpieces Podręcznik dla ludzi, Tarot paryski, and My zdies’ immigranty in the exact, bruising sequence of my own psychological exile—my heart stopped. Gretkowska was the closest, most terrifyingly accurate reflection of how my own mind sounded (the only other being Kathy Acker and her “In memoriam to Identity”). Her prose possessed the exact blend of psychoanalytic depth, bilingual friction, and the razor-sharp, performative wit of the stand-up comics and drag queens I so deeply loved. But the sheer brilliance of her voice initially acted as a devastating, silencing mechanism. How could I ever compete with this? I whispered to myself. What can I possibly write that hasn't already been laid bare by her pen?

This creative inhibition did not feel like a standard artistic block; it felt like an inward, piercing blade slipped silently behind my back—a cold, mechanical blood-letting engineered for no grand religious sacrifice or divine judgment, but a mere administrative task designed simply to slow me down. It was an existential drain that mirrored the famous contemporary art piece Can’t Help Myself by Sun Yuan and Peng Yu at the Venice Biennale—that massive, isolated robotic arm trapped behind acrylic glass, programmed to endlessly, elegantly scrape its own leaking hydraulic oil back into its center. As humans, we anthropomorphize that machine because it exposes the exact, terrifying futility we spend our entire lives covering up with social media reels, empty stories, and manic addictions. We are all that robot, desperately trying to scoop up the leaking currency of our own mortality to keep our engines running, running from the ultimate, lonely reality of the grave.

Yet, it is precisely within this fragile, leaking container of the biological body that the miracle of integration occurs. My own career would eventually bridge these deep cinematic splits, leading me out of the silent coffee shops of San Jose and into the avant-garde psychoanalytic circles of Northern California and the Pacific Northwest. I would find myself standing before David Cronenberg’s masterpiece eXistenZ, delivering analytical papers alongside the towering intellectual figure of Teresa de Lauretis and the Lacanian master Jacques Siboni at the Lutecium symposia. I was no longer just the truant boy hiding in the actors' café or the lonely immigrant penguin waddling across the multi-lane concrete of the San Tomas Expressway. By allowing the blood to flow from the cut, by refusing to be silenced by the perfection of those who came before me, I was finally turning the hydraulic leak of my displacement into a profound, universal text. I was standing on the stage of my own life, ready to speak my full speech into the room, knowing that the camera was finally rolling...

Subscribe for FREE to our Audience

Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.

Member discussion