16 min read

(un)Real. act I/16: The Winchester House of the Soul.

(un)Real. act I/16: The Winchester House of the Soul.

16. The Winchester House of the Soul

PL: 16. Dom Winchesterów Mojej Duszy

Wejść w dyscyplinę analityczną to stanąć twarzą w twarz z nieustannym egzystencjalnym przesłuchaniem: Czy nasze życia są z góry i wyraźnie przeznaczone przez jakiś niewidzialny scenariusz, czy też zostają powołane do istnienia przez czystą choreografię naszego własnego pragnienia? Czy oczekuje się od nas jedynie poddania się i płynięcia z prądem prefabrykowanego świata, czy też posiadamy suwerenność pozwalającą nam wznieść sanktuarium z otaczającego nas białego szumu?


W moim polowaniu na odpowiedź na to pytanie, moja psyche od zawsze istniała w stanie cyfrowego i literackiego przemieszczenia – zawieszona gdzieś pomiędzy gorączkowymi transmisjami klawiaturowymi Terry w filmie Jumpin' Jack Flash a organiczną, anatomiczną alienacją poezji biologicznej Wisławy Szymborskiej czy Ciała niczyjego Krystyny Kofty. Kofta rozumiała, że biologiczne ciało jest nieodkrytym, skolonizowanym terytorium, miejscem drapieżnej, cichej wojny pomiędzy surową tkanką własnego ja a zwodniczą językową sztuczką społecznych oczekiwań. Kiedy zrzuciłem ciężkie szaty mojej przeszłości jako muzycznego cudownego dziecka, zrobiłem to, ponieważ poszukiwanie samego siebie prowadziło mnie bezpośrednio ku nieświadomości – ku nieociosanemu, przerażającemu Realnemu mojej własnej eks-systencji (ex-sistence). A strażnicy teatru już czekali, by przetestować granice tego ciała.


Po ukończeniu liceum zdobyłem się na zuchwałość, by pomaszerować bezpośrednio w tryby ostatecznej machiny administracyjnej polskiej sztuki: na egzaminy wstępne na wydział aktorski PWST w Warszawie. Wspomnienie tamtego przesłuchania nie posiada fizycznej geografii; nie ma w nim twarzy, paneli sędziowskich ani racjonalnej, linearnej sekwencji. Pamiętam jedynie stanie w ciemnym, duszącym korytarzu w kolejce pełnych lęku kandydatów, zanim zostałem dosłownie kopnięty przez próg prosto na pełnowymiarową scenę. Przestrzeń ta była całkowicie pochłonięta przez oślepiającą, hiperrealną eksplozję jedwabistego, białego, płynnego światła – wizualną próżnię tak absolutną, że czułem się, jakbym pływał twarzą w dół w potężnym, nieskończonym morzu mleka. Z tego oślepiającego, białego płynu dobiegł bezcielesny, autorytatywny głos echo-ujący z ciemności rozciągającej się poza światłami. Był to legendarny aktor teatralny i filmowy oraz reżyser, Jan Englert: „Słucham, proszę zacząć”.


Stojąc wewnątrz tej mlecznobiałej ślepoty, surowy instynkt przetrwania ustabilizował mój głos. Wyrzuciłem swoje kwestie w próżnię i spośród około 40 przesłuchań przeprowadzonych tamtego popołudnia, moje nazwisko NIE znalazło się wśród jedynych dwóch zapisanych na liście osób przechodzących do kolejnego etapu selekcji tamtego dnia. Później zdałem egzaminy wstępne na Wydział Muzyczny w PWSP w Bydgoszczy….


A teraz… wyobraź sobie to:


Masz dziewiętnaście lat. Twoje dłonie zostały stworzone po to, by pieścić klawisze Steinwaya, lub precyzyjnie prowadzić smyczek skrzypcowy i interpretować złożone, awangardowe partytury muzyczne, które rozumie może piętnaście osób w całym kraju. Właśnie zostałeś przyjęty do szkoły muzycznej. Czujesz się jak młody bóg / młoda bogini, intelektualna elita, rozkwitający artysta z dożywotnim prawem do egzystencjalnej głębi. Przyszłość rysuje się w jasnych barwach, wybrukowana boską inspiracją i pełnymi dymu dyskusjami w kawiarniach o Chopinie.


I wtedy system komunistyczny klepie cię w ramię i mówi: „To fantastycznie, kochanie. A teraz pakuj manatki, bo jedziesz do Fordonu szorować ogórki”.


I oto, zamiast wkroczyć do świątyni sztuki, zostaliśmy zrzuceni prosto do BZPOW – Bydgoskich Zakładów Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego. To był spektakularny, surrealistyczny kulturowy miszmasz. Z jednej strony my: eteryczna, przeedukowana młodzież z wydziałów muzycznych. Z drugiej – tłum, przy którym wyglądaliśmy jak stado zagubionych, trzęsących się chihuahua. Widzisz, tuż obok nas przy taśmie produkcyjnej pracowały więźniarki z pobliskiego Zakładu Karnego dla kobiet w Fordonie. To nie był tylko chrzest ognia. To było zderzenie czołowe dwóch zupełnie różnych galaktyk, które w jakimkolwiek racjonalnym wszechświecie nigdy nie powinny były przeciąć swoich ścieżek.


Pierwszy tydzień był jak nagły, niewytłumaczalny akt boskiego miłosierdzia. Fabryka otrzymała właśnie potężną dostawę z jakiegoś „bratniego” narodu socjalistycznego – najpewniej z Kuby. Ananasy w syropie. Prawdziwe, pachnące plastry ananasa wycięte w idealne krążki. W polskich sklepach spożywczych puszka ananasa była wtedy widywana rzadziej niż kometa Halleya, a tutaj leżały one przed nami, spiętrzone w jaskrawe, wspaniałe góry.


Kierownictwo fabryki, działając według szczytowych osiągnięć komunistycznej logiki, wydało krótki dekret: „Możecie jeść, ile chcecie. Ale jeśli wyniesiecie choć jeden plaster poza bramę fabryki, będzie to sabotaż gospodarczy”.


Więc jedliśmy. Potrafisz to sobie wyobrazić? Przyszła elita muzyczna narodu, umazana po łokcie w lepkim, mdłym syropie, dopychająca kolana ananasami z desperacją skazańców z celi śmierci. Po trzech latach głębokiego kryzysu gospodarczego i pustych półek zawierających wyłącznie ocet, był to czysty, bezkompromisowy hedonizm. Czuliśmy się sprytni, dumni i całkowicie napchani. Nie wiedziałem wtedy, że to klasyczna pułapka psychologiczna. Przez te pierwsze kilka dni obżarłem się tak potwornie, że do dnia dzisiejszego, gdy wchodzę do amerykańskiego supermarketu i mignie mi przed oczami puszka ananasa, mój żołądek zawiązuje się w supły i oblewają mnie zimne poty. Zapach tamtego syropu stał się oficjalnym węchowym wyzwalaczem mojej nadchodzącej apokalipsy.


Ponieważ po tygodniu ananasy się skończyły. I wmaszerowało Realne. Zielona, nieskończona, przemoczona do suchej nitki rzeczywistość pod postacią ton ogórków do kiszenia. Nagle zostaliśmy rzuceni na linię produkcyjną, która wyglądała jak koszmar zrodzony z przemysłowego nihilizmu. Stałem przy taśmie. Moje dłonie – te same dłonie przeznaczone do tkania zawiłych pasażów muzycznych – trzymały teraz plastikową linijkę. Mierzyliśmy te cholerne ogórki. Sortowaliśmy je. Małe do tego słoika, duże do tamtego słoika. Tysiące, dziesiątki tysięcy, miliony ogórków. Wszystko płynęło w lodowatej, mętnej wodzie, podczas gdy my staliśmy tam, zdrętwiali, poruszając się w rytm jakiegoś groteskowego, mechanicznego metronomu.


Jednak prawdziwy horror dział się na końcu linii. Słoiki, napchane ogórkami i zalane wrzącą, octową solanką, wjeżdżały do autoklawu – gigantycznego, ryczącego metalowego potwora, który gotował je pod ogromnym ciśnieniem. Naszym zadaniem na kolejnej zmianie było ściąganie tych parzących, wrzących słoików z taśmy i ładowanie ich na drewniane palety. To była czysta rosyjska ruletka. Taśmociąg poruszał się automatycznie, bezwzględnie, na nikogo nie czekając. Jeśli nasza zmiana była o ułamek sekundy zbyt wolna – a umówmy się, studenci teorii muzyki i fletu nie posiadają błyskawicznego refleksu doświadczanych robotników fabrycznych – słoiki zaczynały uderzać o siebie, tworząc zator przy wyjściu.


I wtedy następowały eksplozje.


Pod wpływem ciśnienia i temperatury wrzące szkło pękało z gwałtownym hukiem, wybuchając niczym wulkan i rozbryzgując płynną, octową solankę oraz ostre jak brzytwa odłamki na wszystkie strony. Szrapnele latały w powietrzu. Słoiki dosłownie detonowały ludziom prosto w dłoniach. Wokół była krew, oparzenia od wrzątku i duszący smród gorącego octu. Patrzyłem na swoje dłonie i myślałem: „Wydział muzyczny... Po jaką cholerę komu potrzebne są palce na wydziale muzycznym? To tylko dziesięć zbędnych, małych mięsnych patyków”. To była ostateczna, jadowita ironia. Każdy spędzony tam dzień przypominał powolne, emocjonalne patroszenie.


Naczelnym dowódcą tego całego cyrku naszej zmiany była kobieta, która błyskawicznie stała się legendą w naszych nocnych plotkach w akademiku. Mówię to bez krzty przesady: wyglądała dokładnie jak Dustin Hoffman w filmie Tootsie. Ta sama fryzura, ten sam surowy, ściągnięty wyraz twarzy, ta sama rozpaczliwa próba zachowania aury godności przy jednoczesnym uwięzieniu w całkowicie absurdalnym przebraniu. Naturalnie, nazwaliśmy ją Tootsie.


Tootsie była despotką. Biegała w górę i w dół linii, wrzeszcząc na nas, gdy tylko słoiki zaczynały eksplodować. Jako żyjący w szafie gejowski dzieciak, który już wtedy głęboko cenił estetykę dragu i wysoki, teatralny dramat, uważałem Tootsie za absolutnie fascynującą. Była jak potwornie wykrzywiona, socjalistyczna wersja operowej diwy. Dyrygowała tym chaosem z rodzajem surowej pasji, jakiej spodziewałbyś się po kimś reżyserującym Walkirię Richarda Wagnera, a nie pakującym warzywa w octową zalewę.


A tuż obok nas, pod żelazną ręką Tootsie, pracowały dziewczyny z więzienia. I wiesz co? Narodziła się między nami dziwna, mroczna więź. One były zamknięte przez system karny; my byliśmy zamknięci przez system edukacji i urojenia płynące z mandatu Partii. Czasami patrzyłem na nie i zdawałem sobie sprawę, że wcale tak bardzo się nie różnimy. Ja również byłem uwięziony w klatce absurdu. Ich twardy, więzienny cynizm i surowy instynkt przetrwania rezonowały ze mną głęboko. To właśnie tam, w Fordonie, trwale wykuła się moja tożsamość jako znużonego, sarkastycznego, wschodnioeuropejskiego „artisty”.


Niemniej… życie prywatne w tamtych tygodniach nie istniało. Mieszkaliśmy w ponurym hotelu robotniczym. Fabryka działała na trzy zmiany, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Logistyka mieszkaniowa osiągnęła szczytowy poziom sowieckiego nihilizmu: spaliśmy w systemie tak zwanych „gorących łóżek”. Działało to tak: kończyłeś nocną zmianę, całkowicie zdruzgotany, cuchnący octem, potem i zgniłym koperkiem. Doczłapywałeś do pokoju, a twój współlokator właśnie zbierał się z łóżka, by wyjść na poranną zmianę. Wsuwałeś się prosto pod kołdrę, która wciąż była nagrzana ciepłem jego ciała. Materac nigdy nie stygł. Powietrze w pokoju było gęste, ciężkie od wycieńczenia, frustracji i zapachu tanich, bezfiltrowych papierosów.


W tym samym czasie moja przyjaciółka z liceum, D., znosiła własny krąg piekła w innej fabryce. Przydzielono ją do obróbki emaliowanych, żeliwnych wanien. Stała w toksycznej chmurze chemikaliów, natryskując emalię na te bestie, a potem musiała używać swoich gołych, nastoletnich ramion, by dźwigać te potężne, ciężkie żelazne wanny z jednego łańcucha montażowego na drugi. Ilekroć opowiadała swoją historię, moje wybuchające słoiki z ogórkami brzmiały jak rejs luksusowym statkiem. No, prawie.


Przez wiele miesięcy po tym, jak rok akademicki w końcu się rozpoczął, budziłem się w środku nocy z krzykiem. W moich koszmarach nie było potworów, demonów ani oblanych egzaminów z harmonii. Był tylko jeden obraz: nieskończona, nigdy niekończąca się taśma produkcyjna zielonych słoików z ogórkami, rozciągająca się na całą kulę ziemską. Słoiki maszerowały przez kontynenty, przekraczały oceany, a potem, w idealnym szyku wojskowym, powoli wznosiły się prosto do nieba, gdzie w chmurach stała Tootsie, dyrygując nimi za pomocą wielkiej plastikowej linijki.


Od tamtego czasu minęły dekady. Reżim upadł, Polska się zmieniła, a ja ostatecznie wylądowałem w Stanach Zjednoczonych. Zbudowałem życie i karierę, o jakich moje wycieńczone, przesiąknięte octem nastoletnie ja nie odważyłoby się nawet marzyć. Lecz tamto późne lato 1987 roku dało mi coś bezcennego: absolutną, kuloodporną odporność na życiowy bullshit oraz bezdenne źródło czarnego, nihilistycznego humoru.


Ilekroć jestem teraz na wytwornym przyjęciu koktajlowym w San Francisco, Nowym Jorku czy Los Angeles, a Amerykanie zaczynają biadolić nad tym, jak „ciężkie” jest ich życie, albo że ich latte ze Starbucksa miało kapryśny odcień letniości, odpalam papierosa, przybieram pozę śmiertelnie znudzonego wschodnioeuropejskiego intelektualisty i mówię z moim rozkosznie gęstym akcentem:


„Och, kochanie, wy nic nie wiecie o dramacie. Pozwólcie, że opowiem wam o wrześniu 1987 roku, kiedy reżim komunistyczny uznał, że moje pianistyczne dłonie najlepiej nadają się do łapania wybuchających słoików z ogórkami kiszonymi ramię w ramię z więźniarkami z rygorystycznego zakładu karnego pod dowództwem Dustina Hoffmana w dragu...”


I w tym momencie cały pokój należał do mnie. Tamta trauma z Fordonu dała mi w Ameryce status absolutnej legendy. Stałem się żywym ucieleśnieniem wszystkiego, co ludzi z Zachodu odurza w Europie Wschodniej – tego tragikomicznego, przesiąkniętego ironią, niezniszczalnego ducha przetrwania. Fordon mnie nie złamał. Stworzył potwora, który teraz podbija świat, śmiejąc się systemowi prosto w twarz. Zapytajcie kogokolwiek na Uniwersytecie Saybrook!


A po tych wszystkich ananasach i ogórkach… semestr ruszył dalej, ale muzyka również nie potrafiła już zapewnić bezpiecznej przystani. W gorzkim mrozie połowy grudnia 1987 roku złapałem się na tym, że wsiadam do nocnego pociągu powrotnego z Bydgoszczy, a cała moja ziemska egzystencja była zapakowana w ciągnący się u mojego boku bagaż. Byłem niewytłumaczalnie zagubiony, przemieszczony poza moją akademicką trajektorię, ale nie byłem jeszcze bezdomny. Ponieważ sam wagon kolejowy stał się moim ostatecznym sanktuarium przejściowym.

To enter the analytical discipline is to confront an ongoing existential interrogation: Are our lives explicitly destined by an unseen script, or are they willed into existence by the sheer choreography of our own desires? Are we merely expected to surrender and go with the flow of a pre-fabricated world, or do we possess the sovereignty to construct a sanctuary out of the white noise around us?

In my hunt to answer this question, my psyche has always existed in a state of digital and literary displacement—perched somewhere between Terry’s frantic keyboard transmissions in Jumpin' Jack Flash and the raw, anatomical alienation of Wisława Szymborska’s biological poetry or Krystyna Kofta’s Nobody's body (Ciało niczyje). Kofta understood that the biological body is an unmapped, colonized territory, a site of fierce, silent warfare between the raw tissue of the self and the deceptive linguistic trickery of social expectations. When I dropped the heavy garments of my musical prodigy past, I did so because my search for myself was leading me directly toward the unconscious—the unvarnished, terrifying Real of my own ex-sistence. And the gatekeepers of the theater were waiting to test the boundaries of that flesh.

Following my graduation from high school, I mastered the audacity to march directly into the ultimate administrative machinery of Polish art: the entrance examinations for the acting department at the PWST in Warsaw. The memory of that audition possesses no physical geography; it contains no faces, no judges’ panels, and no rational linear sequence. I remember only standing in a dark, suffocating hallway line of anxious applicants, before being literally kicked through a threshold onto a full-scale stage. The space was entirely consumed by a blinding, hyper-real explosion of silky, white, liquid light—a visual vacuum so absolute it felt as though I were swimming face-down in a vast, infinite sea of milk. Out of that blinding white fluid came a disembodied, authoritative voice echoing from the darkness beyond the lights. It was the legendary theater and film actor and director Jan Englert: “Go ahead, start please.”

Standing within that milky white blindness, a raw survival instinct steadied my voice. I delivered my lines into the void, and out of some 40 auditions processed that afternoon, my name was NOT one of the only two listed as moving forward to the next selection round that day. I later passed the entrance exams for the Music Department at PWSP in Bydgoszcz….

Now… Picture this:

You’re nineteen years old. Your hands were made to caress the keys of a Steinway, to precisely guide a violin bow, and to interpret complex, avant-garde musical scores that maybe five people in the entire country actually understand. You’ve just been accepted into Music School. You feel like a young god/dess, an intellectual elite, a blossoming artist with a lifelong claim to existential depth. The future looks bright, paved with divine inspiration and smoky café discussions about Chopin.

And then, the communist system taps you on the shoulder and says: "That’s fabulous, darling. Now pack your bags, because you’re going to Fordon to scrub pickles."

And just like that, instead of entering a temple of the arts, we were dumped straight into BZPOW—the Bydgoszcz Fruit and Vegetable Processing Plant. It was a spectacular, surreal cultural mashup. On one side, you had us: the ethereal, overeducated youth of the music departments. On the other, a crowd that made us look like a pack of lost, trembling chihuahuas. You see, working right alongside us on the assembly line were inmates from the nearby Fordon women’s prison. This wasn't just a baptism of fire. This was a head-on collision of two entirely different galaxies that, in any sane universe, should never have crossed paths.

The first week was like a sudden, inexplicable act of divine mercy. The factory had just received a massive shipment from some "brotherly" socialist nation—most likely Cuba. Pineapples in syrup. Real, fragrant pineapple slices cut into perfect rounds. In Polish grocery stores back then, a can of pineapple was sighted less frequently than Halley’s Comet, and here they were, piled up before us in glorious mountains.

The factory management, operating with peak communist logic, issued a brief decree: "You can eat as much as you want. But do not take a single slice past the factory gates, or it’s economic sabotage."

So, we ate. Can you picture the scene? The future musical elite of the nation, smeared to their elbows in sticky, cloying syrup, shoving pineapples down their throats with the desperation of death-row inmates. After three years of deep economic crisis and empty shelves containing nothing but vinegar, this was pure, unadulterated hedonism. We felt clever, smug, and completely stuffed. What I didn't know then was that it was a classic psychological trap. I binged so monstrously during those first few days that to this very day, if I walk into an American supermarket and catch a glimpse of a pineapple can, my stomach knots up and I break out in cold sweats. The smell of that syrup became the official olfactory trigger for my impending apocalypse.

Because after a week, the pineapples ran out. And Reality marched in. A green, infinite, soaking-wet reality in the form of tons of pickling cucumbers.

Suddenly, we were thrown onto a production line that looked like a nightmare birthed by industrial nihilism. I stood at the conveyor belt. My hands—the very hands meant to weave intricate musical passages—were now holding a plastic ruler. We were measuring the damn cucumbers. Sorting them. Small ones in this jar, big ones in that jar. Thousands, tens of thousands, millions of them. Everything floated by in freezing, murky water while we stood there, numbed, moving to the rhythm of some grotesque, mechanical metronome.

But the real horror show happened at the end of the line. The jars, stuffed with cucumbers and drowned in a boiling briny vinegar solution, rolled into the autoclave—a gigantic, roaring metal monster that cooked them under immense pressure. Our job on the next shift was to grab these blistering, boiling-hot jars off the belt and load them onto wooden platforms.

It was pure Russian roulette. The conveyor belt moved automatically, ruthlessly, waiting for no one. If our shift was a fraction too slow—and let’s face it, music theory and flute majors do not possess the lightning-fast reflexes of seasoned factory workers—the jars would start slamming into one another, bottlenecking at the exit.

And then came the explosions.

Under the pressure and heat, the boiling glass would shatter with a violent pop, erupting like a volcano and spraying molten, vinegary brine and razor-sharp shards everywhere. Shrapnel flew through the air. Jars literally detonated right in people's hands. There were blood and scolding water, and the suffocating stench of hot vinegar. I would look at my hands and think: "Music department... Who the fuck needs fingers in the music department anyway? They're just ten redundant little meat sticks." It was the ultimate, venomous irony. Every single day spent there felt like a slow, emotional disembowelment.

The supreme commander of this entire circus was a woman who instantly became a legend in our late-night dorm room gossip. I say this without a shred of exaggeration: she looked exactly like Dustin Hoffman in the movie Tootsie. The same hairdo, the same stern, pinched facial expression, the same desperate attempt to maintain an aura of dignity while trapped in an utterly absurd disguise. Naturally, we called her Tootsie.

Tootsie was a despot. She would sprint up and down the line, screeching at us the moment the jars started exploding. As a closeted gay kid who already had a deep appreciation for drag aesthetics and high, theatrical drama, I found Tootsie utterly mesmerizing. She was like a horribly warped, socialist version of an opera diva. She conducted that chaos with the kind of raw passion you'd expect from someone staging Wagner’s Die Walküre, rather than packing vegetables into pickle brine.

And working right next to us, under Tootsie’s iron fist, were the prison girls. And you know what? A strange, dark bond formed between us. They were locked up by the penal system; we were locked up by the educational system and a delusional Party mandate. Sometimes I’d look at them and realize we weren't all that different. I, too, was trapped in a cage of the absurd. Their tough, prison-hardened cynicism and raw survival instinct resonated with me deeply. It was there, in Fordon, that my identity as a jaded, sarcastic, Eastern European "artista" was permanently forged.

However… a private life during those weeks did not exist. We lived in a bleak workers' hostel. The factory ran on three shifts, twenty-four hours a day. The housing logistics achieved a peak level of Soviet nihilism: we slept in what were known as "hot beds."

It worked like this: you’d finish the night shift, completely shattered, reeking of vinegar, sweat, and rotten dill. You’d stumble back to your room, and your roommate would be climbing out of the bed to head out for the morning shift. You would crawl right into the sheets, which were still warm from his body heat. The mattress never got cold. The air in the room was thick, heavy with exhaustion, frustration, and the smell of cheap, unfiltered cigarettes.

Meanwhile, my high school friend, D., was enduring her own circle of hell in a different factory. She was assigned to processed enameled, cast-iron bathtubs. She stood in a toxic cloud of chemicals, spraying enamel onto these beasts, and then had to use her bare, teenage arms to hoist these massive, heavy iron tubs from one assembly chain to another. Whenever she told her story, my exploding pickle jars sounded like a luxury cruise. Almost.

For months after the academic year finally started, I would wake up in the middle of the night screaming. In my nightmares, there were no monsters, no demons, and no failed harmony exams. There was only one image: an infinite, never-ending conveyor belt of green pickle jars stretching across the entire globe. The jars marched through continents, crossed oceans, and then, in perfect military formation, slowly ascended straight into heaven, where Tootsie stood in the clouds, conducting them with a giant plastic ruler.

Decades have passed since then. The regime collapsed, Poland transformed, and I eventually landed in the United States. I built a life and a career that my exhausted, vinegar-soaked teenage self wouldn't have dared to dream of. But that late summer of 1987 gave me something priceless: an absolute, bulletproof immunity to life's bullshit, and a bottomless well of dark, nihilistic humor.

Whenever I’m at a glamorous cocktail party in San Francisco, New York, or Los Angeles now, and Americans start whining about how "hard" their lives are, or how their Starbucks latte was a temperamental shade of lukewarm, I would light a cigarette, strike the pose of a terminally bored Eastern European intellectual, and say in my deliciously thick accent:

"Oh, darling, you know nothing of drama. Let me tell you about September of 1987, when the communist regime decided my pianist hands were best suited for catching exploding jars of pickles alongside maximum-security inmates under the command of Dustin Hoffman in drag..."

And just like that, the entire room was mine. That trauma from Fordon gave me an absolute legendary status in America. I became the living embodiment of everything Westerners find intoxicating about Eastern Europe—that tragicomic, irony-soaked, unbreakable spirit of survival. Fordon didn't break me. It created a monster who now conquers the world, laughing right in the system's face. Just ask anybody at Saybrook University!

And after all the pineapples and pickles… the semester unfolded, but music could no longer provide a safe harbor either. In the bitter freeze of mid-December 1987, I found myself boarding a midnight train back from Bydgoszcz, my entire earthly existence packed into luggage trailing at my side. I was inexplicably lost, displaced from my academic trajectory, but I was not yet homeless. Because the train carriage itself became my ultimate transitional sanctuary.

Subscribe for FREE to our Audience

Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.

Member discussion