8 min read

(un)Real. act I/03: The Genesic Rebus.

(un)Real. act I/03: The Genesic Rebus.

03. The Genesic Rebus

PL: 03. Genezyjski Rebus

Na długo zanim zasiadłem w gabinecie klinicznym, rozszyfrowując pofragmentowane narracje ludzkich psychik, sztuki ekshumacji i wykopaliska uczyłem się od… Lucyfera.


Pod koniec lat 80., w ponurym, monochromatycznym zmierzchu komunistycznej Polski, byłem istotą wiodącą radykalne, podwójne życie. Za dnia miałem być zwyczajnym uczniem ogólniaka, kroczącym po sztywnych, przewidywalnych liniach społeczeństwa w stanie oblężenia. Zamiast tego regularnie wybierałem święty rytuał wagarowania. Umykałem z liceum i zaszywałem się w zamkniętej (dla publiczności poza godzinami spektakli) kawiarni aktorskiej w Teatrze im. Norwida w Jeleniej Górze – ciężkim od dymu, bohemistycznym sanktuarium, wypełnionym wyłącznie przez wizjonerów i ekscentryków sceny Aliny Obidniak. Siedząc tam godzinami nad szklankami gorzkiej herbaty i tanimi papierosami, wsłuchany w dobiegający z tła szmer wkuwanych ról i demontowanych dekoracji, żyłem zastępczo rytmem teatru. Scena nie była ucieczką od rzeczywistości; była rzeczywistością wyższego rzędu. Szary, niszczejący świat PRL-u na zewnątrz teatralnych murów wydawał się widmową iluzją, umierającym scenariuszem. To właśnie wewnątrz teatru rozwijało się moje prawdziwe życie. Pod powierzchnią byłem niestabilnym rezerwuarem artystycznego potencjału – protegowanym pianistą klasycznym, śpiewakiem chóralnym, teatralnym fanatykiem krążącym w pobliżu kulis obok takich gigantów jak Krystian Lupa, Irena Dudzińska, Irmina Babińska czy Jerzy Senator. A jednak pozostawałem całkowicie zagubiony w niszczycielskiej, duszącej samotności, żywiąc intensywne, zakazane pragnienie ciała i duszy, które fundamentalnie miało zablokowaną możliwość artykulacji, jako że pozbawione było jakiegokolwiek realnego znaczącego w polu heteronormatywnego Innego.


Odegrałem w życiu nawiedzającą choreografię Podwójnego życia Weroniki Krzysztofa Kieślowskiego i dręczący głód psychiczny z Nienasycenia Witkacego. Moja egzystencja była echem Pokarmów ziemskich André Gide’a – rozpaczliwym chwytaniem zmysłowego wyzwolenia przy jednoczesnym owinięciu się w wewnętrzny całun. W cichych zakamarkach mojego umysłu mroczna, poetycka linijka nuciła się w zapętlonej pętli: „W ciemności do siebie idziemy, ja niemy/a, i ty niemy/a…”. Był to stan permanentnej, uprzedzającej żałoby. Płakałem nad egzystencją, która jeszcze się nie przebiła, opłakując świat, który już teraz sprawiał wrażenie, jakby został wciągnięty poza mój zasięg, prosto w cień.


Wyrocznią tej ciemności była moja aktorska mentorka, Irena Dudzińska. Obserwowałem ją przez wiele nocy, gdy wkraczała na scenę eksperymentalnego studia Norwida, by wykonać to, co krytyk teatralny Jacek Sieradzki nazwał później pojedynczym, najgenialniejszym rebusem polskiej dramaturgii: potężny, mistyczny monolog Lucyfera z V aktu dramatu wierszem Juliusza Słowackiego Samuel Zborowski. Genezyjska filozofia Słowackiego głosiła, że nasz materialny świat jest jedynie ciężką, tymczasową skorupą stworzoną po to, by utrzymać w ryzach burzliwą ewolucję ludzkiego ducha. Dudzińska, ze swoim przenikliwym i mądrym spojrzeniem, panowała nad melodią i wewnętrznym sensem każdej wypowiadanej sylaby. Przecinała skomplikowane, poetyckie zawijasy Słowackiego z precyzją chirurga, kreśląc mapę kosmicznego buntu duszy, która odmawia podporządkowania się skostniałym formom. Patrząc na nią, moja inteligencja językowa zatrzasnęła się na uświadomieniu sobie czegoś, co miało rządzić całym moim życiem: język był instrumentem muzycznym zdolnym do przecięcia gęstej mgły ludzkiej iluzji, by dotknąć nieociosanej prawdy Realnego.


Jednak trzy miesiące po tym, jak mój lot PanAm wylądował na Zachodzie, ów wielki teatralny głos zapadł się w przerażającą, absolutną ciszę.


Do grudnia 1991 roku maniakalne, początkowe podekscytowanie faktem, że byłem oprowadzany po Północnej Kalifornii, by zachwycać się nowymi krajobrazami, całkowicie wyparowało. Złapałem się na tym, że siedzę w obcych, sterylnych kawiarniach San Jose, zupełnie pozbawiony mowy. Spadła na mnie głęboka, paraliżująca tęsknota za domem – nieznośny głód gęstego, intelektualnego świata teatru, który zniszczyłem swoim wyjazdem. A jednak, gdy wpatrywałem się w moją amerykańską filiżankę kawy, przerażające japońskie prawo nieuchronnej konieczności i ekwiwalentnej wymiany – Hitsuzen, kosmiczna reguła kompensacji oparta na starożytnym duchowym ciężarze absolutnej równowagi (którą po raz pierwszy poznałem poprzez perkusyjny tekst anime xxxHOLiC) – wyszczerzyła zęby. Moje wielkie życzenie zostało spełnione; uciekłem przed wszechobecną, duszącą homofobią Polski i trzymałem w ręku bezcenną Zieloną Kartę, dla posiadania której inni chętnie sprzedaliby nerkę.


Jednak Hitsuzen wymaga ekstrakcji o równej gęstości. Wszechświat zrównoważył swoją księgę czystym, chirurgicznym cięciem: aby otrzymać ten nieskalany amerykański paszport do przetrwania, musiałem złożyć w obowiązkowej ofierze moją rodzimą ziemię, język dzieciństwa i fizyczną bliskość mojego domu. Nie odważyłem się wrócić. Nie mogłem odrzucić tej szansy. Siedziałem po prostu w neonowym świetle Nowego Świata, patrząc na parę unoszącą się nad porcelanową krawędzią, w pełni świadomy, że kosmiczna faktura właśnie została opłacona krwią.


Ceną za moją wolność w Nowym Świecie była systematyczna, bolesna erozja i wymazywanie. Z każdym krokiem, jaki stawiałem w kierunku amerykańskiego sukcesu psychologicznego i akademickiego, życie, które zostawiłem za Atlantykiem, biegło dalej bez mojego udziału. Moje imię i nazwisko blakło w rozmowach; powoli stawałem się zapomniany, odpuszczany, wymazywany z tekstu mojej ojczyzny. Zostałem sam, rozpaczliwie kurczowo trzymając się europejskiego świata, który nie istniał już nigdzie na fizycznej ziemi.


Potrzebowałem lat szkolenia klinicznego i głębokiego badania własnej duszy, aby osiągnąć stan suwerennego pokoju z tym przemieszczeniem. Wiem teraz, że „dom mojego pochodzenia” to destynacja uwięziona w czasie, a nie w geografii. Każda kolejna podróż powrotna do Polski nigdy nie była prawdziwym powrotem; to zawrotny zjazd do równoległego wszechświata, do nieznacznie zmienionego continuum czasoprzestrzennego, przypominającego matematyczną składnię teorii strun. Polska mojej młodości zniknęła, dostępna już tylko poprzez historyczną archeologię pamięci. Aktor, którym byłem, musiał umrzeć podczas tamtej przeprawy transatlantyckiej, aby mógł narodzić się analityk. Muzyk wciąż grał na pianinie, ale świat się zmieniał. W tle mojego amerykańskiego, podmiejskiego wygnania, niepokojący, syntetyczny, klubowo-restauracyjny głos Crystal Waters dryfował z głośników supermarketu, wyznaczając linię basową mojego nowego przetrwania: „She’s just like you and me, but she’s homeless, she’s homeless, as she stands there singing for money… / Jest taka sama jak ty i ja, lecz nie ma domu, nie ma domu, gdy tak stoi, śpiewając za grosze… La da dee, la dee da…”.

Long before I ever sat in a clinical consulting room deciphering the fractured narratives of human psyches, I learned the art of excavation from… Lucifer.

In the late 1980s, during the bleak, monochromatic twilight of communist Poland, I was a creature living a radical double life. By day, I was supposed to be a standard student in High School (ogólniak), walking the rigid, predictable lines of a society under siege. Instead, I regularly chose the sacred ritual of truancy. I would slip away from the high school and retreat into the closed (to the public during non-performance hours) actors’ café at the Norwid Theater in Jelenia Góra—a smoke-heavy, bohemian sanctuary filled only with the visionaries and eccentrics of Alina Obidniak’s stage. Sitting there for hours over cups of bitter tea and cheap cigarettes, listening to the ambient murmur of lines being memorized and set pieces being struck, I lived vicariously through the rhythm of the theater. The stage was not an escape from reality; it was a greater reality. The grey, decaying PRL world outside the theater walls felt like a phantom illusion, a dying script. It was inside the theater that my true life unspooled. Beneath the surface, I was a volatile reservoir of artistic potential—a classical pianist protégé, a choral singer, a theatrical fanatic traveling near the wings of giants like Krystian Lupa, Irena Dudzińska, Irmina Babińska, or Jerzy Senator. Yet, I was entirely lost in a devastating, suffocating solitude, harboring an intense, forbidden desire of the flesh and the soul that was fundamentally barred from enunciation, lacking any viable signifier in the field of the heteronormative Other.

I was living out the haunting choreography of Krzysztof Kieślowski’s The Double Life of Véronique and the agonizing psychological hunger of Witkacy’s Insatiability. My existence was an echo of André Gide’s The Fruits of the Earth, a desperate grasping for sensory liberation while wrapped in an internal shroud. In the quiet corners of my mind, a dark, poetic line hummed on a constant loop: “W ciemności do siebie idziemy, ja niemy, i ty niemy…”—In the darkness we walk toward each other, I mute, and you mute. It was a state of perpetual, preemptive mourning. I was weeping for an existence that had not yet broken through, grieving for a world that already felt as though it had been pulled past my reach into the shadows.

The oracle of this darkness was my acting mentor, Irena Dudzińska. I watched her multiple nights as she stepped onto the Norwid’s experimental studio stage and perform what the theater critic Jacek Sieradzki would later call the single most brilliant rebus of Polish dramaturgy: Lucifer’s towering, mystical monologue from Act V of Juliusz Słowacki’s verse drama, Samuel Zborowski. Słowacki’s genesic philosophy dictated that our material world was merely a heavy, temporary shell built to contain the volatile evolution of the human spirit. Dudzińska, with her piercing, wise, and slightly mocking gaze, commanded the melody and internal sense of every single spoken syllable. She cut through Słowacki’s complex, poetic twists with the precision of a surgeon, mapping the cosmic rebellion of a soul refusing to be subordinated by stagnant forms. Watching her, my linguistic intelligence locked onto a realization that would govern my entire life: language was a musical instrument capable of slicing through the dense fog of human illusion to touch the unvarnished truth of the Real.

But three months after my PanAm flight landed in the West, that grand theatrical voice collapsed into a terrifying, absolute silence.

By December of 1991, the manic, initial excitement of being escorted around Northern California to marvel at new landscapes had evaporated. I found myself sitting in the foreign, sterile coffee shops of San Jose, completely speechless. A profound, paralyzing homesickness descended upon me, an unbearable longing for the dense, intellectual theater world I had destroyed by leaving. Yet, as I stared into my American coffee cup, the terrifying Japanese law of inevitable necessity and equivalent exchange—Hitsuzen, the cosmic rule of compensation built upon the ancient spiritual weight of absolute balance (which I first learned through the percussive text of the anime xxxHOLiC)—revealed its teeth. My grand wish had been granted; I had escaped the omnipresent, suffocating homophobia of Poland and held a priceless Green Card that others would gladly sell a kidney to possess.

But Hitsuzen demands an extraction of equal density. The universe had balanced its ledger with a clean, surgical cut: to receive this immaculate American passport to survival, I had to offer up my native soil, my childhood language, and the physical proximity of my home as the mandatory sacrifice. I did not dare go back. I could not reject the opportunity. I simply sat in the neon light of the New World, watching the steam rise from the porcelain rim, fully aware that the cosmic invoice had just been settled in blood.

And the price of my New World freedom was a systematic, agonizing erasure. For every step I took toward American psychological and academic success, the life I left behind across the Atlantic kept moving forward without me. My name was being faded out of conversations; I was slowly being forgotten, let go of, erased from the text of my homeland. I was left desperately holding onto a European world that no longer existed anywhere on the physical earth.

It took me years of clinical training and deep soul-searching to reach a state of sovereign peace with this displacement. I know now that the "home of my origin" is a destination trapped in time, not geography. Every subsequent trip I have taken back to Poland has never been a true return; it is a dizzying descent into a parallel universe, a slightly altered time-space continuum akin to the mathematical syntax of string theory. The Poland of my youth is gone, accessible only through the historical archaeology of memory. The actor I was had to die on that transatlantic crossing so that the analyst could be born. The musician still played the piano, but the world was changing. In the background of my American suburban exile, the haunting, synthetic lounge voice of Crystal Waters drifted out of the grocery store speakers, mapping the baseline of my new survival: “She’s just like you and me, but she’s homeless, she’s homeless, as she stands there singing for money. La da dee, la dee da…”

Subscribe for FREE to our Audience

Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.

Member discussion