04. The Architecture of Choice
PL: 04. Architektura Wyboru
Kiedy automatyczne, szklane drzwi supermarketu Lucky’s rozsunęły się, nie wkroczyłem do sklepu spożywczego; wkroczyłem do przerażającego, olśniewającego pomnika ludzkiego nadmiaru. Sama, absurdalna obfitość tej przestrzeni uderzyła w moje zmysły z siłą, która była jednocześnie potworna i głęboko uspokajająca. Pochodząc z monochromatycznego niedoboru postkomunistycznej Polski, gdzie zwykła czynność zdobycia powszedniego chleba wymagała strategii i stania w kolejkach, mój umysł wzdragał się przed zmysłową przemocą tej amerykańskiej wystawy. Wystarczy wszystkiego dla każdego, zdałem sobie sprawę, a moja klatka piersiowa zacisnęła się w dziwnym, obronnym zachwycie. Nigdy nie zabraknie im jabłek. Stałem sparaliżowany w dziale warzywno-owocowym, wpatrując się w potężną, nieskazitelną górę owoców. Dobry Boże, nigdy nie widziałem tak wielu różnych odmian jabłek zgromadzonych w jednej przestrzeni geograficznej – wibrujące, wielobarwne spektrum odmian Granny Smith, Gala i Red Delicious, a wszystkie zraszane przez automatyczne dysze wodne i lśniące w surowym, teatralnym blasku świetlówek. Powietrze brzęczało ambientową symfonią muzyki sklepowej (easy listening), rytmicznym szelestem papierowych toreb i wszechobecnymi, mechanicznymi uśmiechami pakowaczy i kasjerów. Byłem głęboko poruszony tym nagłym, pięknym gobelinem ludzkich twarzy – różne rasy, typy i akcenty mieszające się w alejkach, żywa manifestacja zróżnicowanego amerykańskiego krajobrazu, o którym marzyłem.
A jednak pod błyszczącą powierzchnią tego dostatku krył się ukryty, wycieńczający podatek psychologiczny. Wraz z nieskończoną różnorodnością pojawiło się wymagające zadanie poznawcze, które rozszczepiło moją psyche na oścież – umiejętność, której ani razu nie ćwiczyłem w socjalistycznych realiach Polski: ciężar niekończącego się wyboru. Zdałem sobie sprawę z nagłą, duszącą paniką, że lęk nie wynika z utraty obiektu, ale z nieznośnego braku braku. Konsumpcyjna architektura, prezentując iluzję całkowitego nasycenia, gwałtownie dławiła strukturalną pustkę, która była niezbędna, by moje pragnienie mogło bezpiecznie oddychać. W świecie, który zostawiłem za sobą, pragnienie było proste, ponieważ opcje były binarne; dany produkt był albo obecny, albo nieobecny. Tutaj jednak konsumpcyjna architektura żądała, bym nieustannie wybierał, oceniał, selekcjonował i odrzucał – przez cały dzień, za każdym razem, gdy stawałem przed półką. Sama prędkość, z jaką pojawiały się kolejne opcje, była obezwładniająca, drenowała moją energię i pozostawiała mnie fizycznie oraz emocjonalnie wyczerpanym. Byłem młodym człowiekiem przeszkolonym do dekodowania złożonych, filozoficznych wyżyn Słowackiego i eksperymentalnego teatru Lupy, Grotowskiego i Kantora, a stałem całkowicie bezbronny i nieprzygotowany wobec prostej, miażdżącej tyranii alejki w amerykańskim sklepie spożywczym...
When the automatic glass doors of Lucky’s supermarket slid open, I did not step into a grocery store; I stepped into a terrifying, dazzling monument to human excess. The sheer, absurd abundance of the space hit my senses with a force that was simultaneously horrifying and deeply reassuring. Coming from the monochromatic scarcity of post-communist Poland, where the simple act of securing daily bread required strategy and queuing, my mind reeled against the sensory violence of the American display. There is enough of everything for everybody, I realized, my chest tightening with a strange, defensive awe. They will never run out of apples. I stood frozen in the produce aisle, staring at a vast, immaculate mountain of fruit. Good Lord, I had never seen this many different kinds of apples gathered in a single geographic space—a vibrant, multi-colored spectrum of Granny Smiths, Galas, and Red Delicious, all misted by automated water nozzles and gleaming under the harsh, theatrical brilliance of fluorescent tubes. The air buzzed with an ambient symphony of easy listening music, the rhythmic rustle of paper bags, and the ubiquitous, mechanical smiles of the baggers and cashiers. I was deeply moved by the sudden, beautiful tapestry of human faces—different races, types, and accents mingling in the aisles, a living manifestation of the diverse American landscape I had dreamed of.
Yet, beneath the glossy surface of this abundance lay a hidden, exhausting psychological tax. With the infinite variety came a demanding cognitive task that had split my psyche wide open—a skill I had never once practiced in the socialist realities of Poland: the burden of endless choice. I realized with a sudden, suffocating panic that anxiety arises not from the loss of the object, but from the unbearable lack of the lack. The consumerist architecture, by presenting an illusion of total satisfaction, was violently choking out the structural void required for my desire to safely breathe. In the world I left behind, desire was simple because options were binary; the item was either present or absent. But here, the consumerist architecture demanded that I constantly choose, evaluate, select, and reject, all day, every single time I stood before a shelf. The sheer velocity of options was overwhelming, taxing my energy and leaving me physically and emotionally spent. I was a young man trained to decode the complex, philosophical heights of Słowacki and the experimental theater of Lupa, Grotowski, and Kantor, yet I stood utterly defenseless and unprepared before the simple, crushing tyranny of an American grocery aisle...
Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.
Member discussion