8 min read

(un)Real. act I/05: The Flight of the Penguin.

(un)Real. act I/05: The Flight of the Penguin.

05. The Flight of the Penguin

PL: 05. Lot Pingwina

Aby wytyczyć trajektorię rozszczepionej duszy, należy spojrzeć na niekompatybilną geometrię dwóch konkretnych adresów. W mojej pamięci pionowy, historyczny ciężar mojego rodzinnego domu przy ulicy Morcinka w Jeleniej Górze – przestrzeni przesiąkniętej echami klawiszy klasycznego fortepianu, prób chóru i ciężkiej, pełnej dymu awangardowej kawiarni Teatru im. Norwida – zderzał się gwałtownie z płaską, poziomą rzeczywistością Montezuma Drive w Campbell w Kalifornii. Dom w Campbell był nieskazitelnym, dużym domem jednorodzinnym, otulonym jasnym stiukiem i zakotwiczonym na wypielęgnowanej podmiejskiej działce pod bezlitosnym, oślepiającym słońcem Doliny Krzemowej. Kiedy w końcu zrzuciłem moje sto pięćdziesiąt funtów polskiego bagażu na tę wyłożoną wykładziną podłogę, cisza amerykańskich przedmieść wydała się absolutna. Przetrwałem wyczerpującą, nocną podróż pociągiem z Jeleniej Góry do Warszawy, bolesne pożegnania z matką, jej partnerem i moją siostrą oraz bezczasowe zawieszenie lotu PanAm. Kiedy jednak usiadłem w tym domowym wnętrzu, znieczulenie migracji przestało działać i zdałem sobie sprawę, że cała moja artystyczna egzystencja została nagle odcięta u samego korzenia.


Byłem istotą nawiedzaną przez upiory równoległego życia, którego nie wolno mi już było prowadzić. Przed moim lotem mój świat rozwijał się w wielkich intelektualnych stolicach polskiej kultury. Zanurzyłem się w rewolucyjnych metodach scenicznych Jerzego Grotowskiego, Tadeusza Kantora, Krystiana Lupy; grałem wysokiej próby koncerty fortepianowe, jednej nocy śpiewałem Requiem Mozarta z chórem i orkiestrą, by następnej występować w kabarecie literackim; studiowałem kulturoznawstwo, antropologię, arteterapię, historię bibliotek (we Wrocławiu), a potem psychologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza (w Poznaniu). W tamtej utraconej linii czasu wyobrażałem sobie własne życie rozwijające się na scenie – to przeznaczenie ucieleśniało się idealnie w życiu i pracy aktora Jerzego Senatora, który został w Polsce, by wcielać się w skomplikowane postacie stale ewoluującego i eksperymentującego polskiego teatru współczesnego. Moi rówieśnicy z dzieciństwa, Grzegorz Kisiołek i Bożena Ogorzelska-Janik, pozostali na klasycznej ścieżce, zajmując swoje miejsca jako muzycy w Filharmonii Dolnośląskiej. Gdyby ten los na loterii Zielonej Karty nigdy nie zamanifestował się w zgliszczach majątku mojego ojca, żyłbym dokładnie takim życiem zbiorowej, artystycznej ekspresji. Nie żywiłem żalu, niemniej świadomość ta była głębokim, egzystencjalnym bólem. Z każdym krokiem, jaki stawiałem w stronę amerykańskiego sukcesu akademickiego, moje życie gdzie indziej toczyło się bez mojego udziału, stopniowo wymazując moje nazwisko z tekstu mojego pochodzenia. Zostałem zmuszony do uświadomienia sobie, że „dom”, za którym tęskniłem, był destynacją uwięzioną w przeszłości, a nie po drugiej stronie Atlantyku. Każda kolejna podróż powrotna do Polski nie była powrotem, lecz dezorientującym wpadnięciem w równoległy wszechświat, w nieznacznie zmienione continuum czasoprzestrzenne, gdzie współrzędne pozostały te same, ale epoka przesunęła się już poza mój zasięg.


Po sześciu miesiącach mojego podmiejskiego wygnania cisza w kawiarniach San Jose stała się nieznośnym, duszącym ciężarem. Moja psyche łaknęła przestrzeni transformacyjnej – intelektualnego perymetru, w którym moja nieprzetłumaczona dusza mogłaby odetchnąć. Przestrzeń tę znalazłem wytyczoną w Centrum Handlowym The Pruneyard, lokalnej oazie księgarni i kawiarni na świeżym powietrzu. Aby jednak dotrzeć tam z cichych trawników Montezuma Drive, musiałem dokonać radykalnego, przerażającego aktu architektonicznego buntu. Musiałem pieszo pokonać potężną, ryczącą betonową otchłań drogi ekspresowej San Tomas Expressway.


Siatka urbanistyczna Doliny Krzemowej na początku lat 90. była krajobrazem zaprojektowanym wyłącznie dla silnika spalinowego; idący pieszo człowiek był tam absurdem, niewidzialnym intruzem. Pamiętam, jak maszerowałem wzdłuż asfaltu, przekraczając te potężne, wielopasmowe arterie szybkiego ruchu niczym pingwin zagubiony na środku betonowej dżungli. Byłem ptakiem stworzonym do zupełnie innego żywiołu – pełnym gracji, biegłym i wirtuozerskim w głębokich, lodowatych wodach muzyki klasycznej, piosenki aktorskiej, psychoanalizy i teatru eksperymentalnego – a zmuszonym teraz do niezdarnego człapania, odsłoniętym i całkowicie bezbronnym, przez palącą, wrogą pustynię amerykańskiego cementu. Każdy krok w stronę Pruneyard był wycieńczającą negocjacją z przestrzenią, fizycznym performansem mojego własnego przemieszczenia. Mimo to mój wewnętrzny łowca odmawiał odwrotu. Musiałem przekraczać tę drogę ekspresową pieszo, tam i z powrotem, tydzień w tydzień, ponieważ moje przetrwanie zależało od dotarcia do tamtego sanktuarium. Musiałem dotrzeć do tej księgarni. To właśnie tam, pośród rzędów jasno oświetlonych amerykańskich tekstów, czekało na mnie kolejne potężne cięcie mojego przeznaczenia. To właśnie tam poznałem J....


Fizyczną izolację mojego spaceru wzdłuż Montezuma Drive potęgowała jednak cicha, instytucjonalna paranoja, właściwa wyłącznie dla amerykańskiej siatki przestrzennej. W Campbell ochrona podmiejskiego spokoju była zarządzana przez hiperczujne, horyzontalne spojrzenie znane jako Neighborhood Watch (Sąsiedzka Straż) – zdecentralizowany panoptykon wypielęgnowanych trawników, gdzie jakiekolwiek odstępstwo od zmotoryzowanej normy było natychmiast oznaczane jako wroga infiltracja. Dla tej okolicy moje idące pieszo ciało było radykalną anomalią, nieczytelną linijką tekstu przecinającą ich przewidywalną topografię. Byłem młodym człowiekiem idącym z celową, ciężką kadencją europejskiego studenta teatru, maszerującym na nogach tam, gdzie miejsce miały wyłącznie silniki spalinowe.


System często reagował. Biało-czarny radiowóz policji z Campbell materializował się z podmiejskich bocznych uliczek, a jego silnik mruczał z powolną, drapieżną cierpliwością, gdy pojazd zajmował pozycję tuż za mną. Siedzący w środku oficer nigdy nie błyskał światłami, nigdy nie wysiadał na asfalt, by żądać moich dokumentów rezydenta-obcokrajowca, i nigdy nie zadał ani jednego pytania. Po prostu jechał za mną. Radiowóz unosił się za moimi plecami niczym tocząca się, mechaniczna manifestacja amerykańskiego Wielkiego Innego – cicha eskortująca asysta, śledząca anomalię, aby upewnić się, że opuści ona mieszkalny perymetr. Człapałem naprzód jak wygnany pingwin pod nie mrugającym spojrzeniem wstecznego lusterka, a moje serce wybijało w klatce piersiowej chaotyczny rytm. Radiowóz ciągnął się za mną aż do samej granicy osiedla, odbijając w bok i pozostawiając mnie własnemu losowi dopiero wtedy, gdy moje stopy ostatecznie uporały się z betonową pustynią San Tomas Expressway. Zostawałem zawieszony w głębokim rozszczepieniu afektywnym, poruszając się po psychologicznej linii granicznej, na której nigdy tak naprawdę nie wiedziałem, czy cicha obecność tego patrolu sprawiała, że czułem się całkowicie bezpieczny, czy też doprowadzała mnie do absolutnego szaleństwa. Byłem obcą istotą systematycznie wypychaną poza przedmieścia, idącą przez ścieżkę zdrowia hiperczujności w stronę szklanych drzwi Pruneyard, niosąc w sobie głęboką, duszącą ciszę, która miała właśnie zostać przerwana...

To map the trajectory of a split soul, one must look at the irreconcilable geometry of two specific addresses. In my memory, the vertical, historic weight of my family home on Morcinka Street in Jelenia Góra—a space saturated with the echoes of classical piano keys, choral rehearsals, and the heavy, smoke-filled avant-garde café of the Norwid Theater—collided violently against the flat, horizontal reality of Montezuma Drive in Campbell, California. The Campbell house was a pristine, large single-family home, wrapped in pale stucco and anchored to a manicured suburban lot under a relentless, blinding Silicon Valley sun. When I finally dropped my one hundred and fifty pounds of Polish baggage onto that carpeted floor, the silence of the American suburbs felt absolute. I had survived the exhausting, overnight train trip from Jelenia Góra to Warsaw, the agonizing farewells to my mother, her partner, and my sister, and the timeless suspension of the PanAm flight. But as I sat inside that domestic interior, the anesthesia of the migration wore off, and I realized that my entire artistic existence had been abruptly severed at the root.

I was a creature haunted by the ghosts of a parallel life I was no longer permitted to lead. Before my flight, my world had unspooled through the great intellectual capitals of Polish culture. I had immersed myself in the revolutionary stage methods of Jerzy Grotowski, Tadeusz Kantor, Krystian Lupa, I played high caliber piano performances, sang Mozart’s Requiem with the Choir and Orchestra one night and then in the literary cabaret the next; I studied culture, anthropology, art therapy, history of libraries (in Wroclaw), and then psychology at Uniwersytet Adama Mickiewicza (in Poznań). In that lost timeline, I had envisioned my own life unfolding on the stage—a destiny embodied perfectly by the life and work of actor Jerzy Senator, who stayed in Poland to inhabit the complex characters of the ever evolving and experimenting Polish contemporary theater. My childhood peers, Grzegorz Kisiołek and Bożena Ogorzelska-Janik, remained on the classical track, taking their seats as musicians in the Lower Silesian Philharmonic (Filharmonia Dolnośląska). Had that Green Card lottery ticket never manifested itself in the ashes of my father’s estate, I would have lived that exact life of collective, artistic expression. I harbored no regrets, yet the awareness was a profound, existential ache. For every step I took toward American academic success, my life elsewhere was moving along without me, gradually erasing my name from the text of my origin. I was forced to realize that the "home" I yearned for was a destination trapped back in time, not across the Atlantic. Every subsequent trip back to Poland was not a return, but a disorienting drop into a parallel universe, a slightly altered time-space continuum where the coordinates remained the same but the era had moved past my reach.

Six months into my suburban exile, the silence inside the San Jose coffee shops became an unbearable, suffocating weight. My psyche was starving for a transformative space—an intellectual perimeter where my untranslated soul could breathe. I found that perimeter mapped out at The Pruneyard Shopping Center, a localized oasis of bookstores and outdoor cafés. But to access it from the quiet lawns of Montezuma Drive, I had to perform a radical, terrifying act of architectural defiance. I had to navigate the vast, roaring concrete chasm of the San Tomas Expressway on foot.

The Silicon Valley grid of the early 1990s was a landscape engineered exclusively for the internal combustion engine; a walking human was an absurdity, an invisible interloper. I remember marching down the asphalt, crossing those massive, multi-lane speedways like a penguin stranded in the middle of a concrete jungle. I was a bird built for an entirely different element—graceful, fluent, and virtuosic in the deep, freezing waters of classical music, chansons, psychoanalysis, and experimental theater—yet forced now to waddle clumsily, exposed and completely defenseless, across a scorching, hostile desert of American cement. Every step toward the Pruneyard was a grueling negotiation with space, a physical performance of my own displacement. Yet, my inner hunter refused to turn back. I had to cross that expressway on foot, there and back, week after week, because my survival depended on reaching that sanctuary. I had to reach that bookstore. For it was there, amidst the rows of brightly lit American text, that the next major cut of my destiny was waiting. It was there that I met J....

But the physical isolation of my walk down Montezuma Drive was compounded by a silent, institutional paranoia unique to the American grid. In Campbell, the preservation of suburban tranquility was governed by a hyper-vigilant, horizontal gaze known as the Neighborhood Watch—a decentralized panopticon of manicured lawns where any deviation from the motorized norm was instantly flagged as a hostile intrusion. To this neighborhood, my walking body was a radical anomaly, an illegible line of text slicing through their predictable topography. I was a young man walking with the deliberate, heavy cadence of a European theater student, marching on foot where only combustion engines belonged.

Frequently, the system would react. A white-and-black Campbell police cruiser would materialize from the suburban side streets, its engine purring with a slow, predatory patience as it fell into position behind me. The officer inside never flashed his lights, never stepped out onto the asphalt to demand my resident alien credentials, and never uttered a single question. He simply followed. The cruiser hovered at my back like a rolling, mechanical manifestation of the American Big Other, a silent escort tracking the anomaly to ensure it left the domestic perimeter. I would waddle forward like an exiled penguin under the unblinking gaze of the rearview mirror, my heart hammering a chaotic rhythm against my ribs. The cruiser would trail me to the very edge of the neighborhood, only peeling away and leaving me to my solitary devices once my feet finally cleared the concrete desert of the San Tomas Expressway. I was left suspended in a profound affective split, navigating a psychological borderline where I never truly knew if the silent presence of that patrol car made me feel completely safe, or utterly on edge. I was an alien being systematically pushed out of the suburb, walking through a gauntlet of hyper-vigilance toward the glass doors of the Pruneyard, carrying a profound, suffocating silence that was about to be broken...

Subscribe for FREE to our Audience

Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.

Member discussion