4 min read

(un)Real. act I/01: The 1991 PanAm Flight to Extra-Territorial Space.

(un)Real. act I/01: The 1991 PanAm Flight to Extra-Territorial Space.

01. The 1991 PanAm Flight to Extra-Territorial Space

PL: 01. Lot liniami PanAm do przestrzeni eksterytorialnej (1991)


Na wysokości trzydziestu pięciu tysięcy stóp nad Atlantykiem czas nie tylko zwolnił; on uległ całkowitemu rozpuszczeniu. Była środa, 4 września 1991 roku, a ja przeżywałem trzydziestodwugodzinny dzień – chronologiczną anomalię wyprodukowaną przez mechanikę Boeinga 747 linii PanAm, który gonił słońce zmierzające na zachód. Pod aluminiowym kadłubem rozciągała się potężna, ruchoma, szara pustynia wody – czysta karta oddzielająca ciężkie, systemowe żelazo upadającego Bloku Wschodniego, który zostawiłem za sobą, od nieodkrytej, mitycznej geografii amerykańskiego Zachodu, ku któremu leciałem.


Przez pierwsze godziny po starcie z Warszawy moje ciało było ciasno zwiniętą spiralą czystego, somatycznego lęku. Na powierzchni był to zwyczajny, banalny strach dwudziestotrzylatka, który pierwszy raz w życiu leciał samolotem. Jednak głęboko w aparacie psychicznym, na nieoznaczonej granicy, gdzie porządek Symboliczny pęka i zderza się z nieociosanym Realnym, lęk ten miał charakter polityczny i egzystencjalny: był to paraliżujący potworny strach przed tym, że jakieś przedziwne biurokratyczne tryby nagle się zatrzymają, że maszyna otrzyma rozkaz zawrócenia i że zostanę zatrzymany na polskim pasie startowym za zbrodnię, której nie popełniłem, przez błąkające się upiory umierającego reżimu komunistycznego. Byłem pasażerem zawieszonym między dwoma niekompatybilnymi światami, czekającym na pęknięcie.


Wtem rozległ się dźwięk – czysty, elektroniczny sygnał, który przeciął ciśnieniowy szum kabiny. Natychmiast po nim nastąpiło trzeszczenie radiowego interkomu. „Mówi wasz kapitan” – oznajmił bezcielesny, autorytatywny głos – „osiągnęliśmy właśnie naszą wysokość przelotową...”.


W jednej chwili geometria przestrzeni uległa zmianie. Kontrolki pasów bezpieczeństwa zgasły, stewardesy wstały jednocześnie, a zbiorowy układ nerwowy kabiny odetchnął. Przekroczyliśmy niewidzialny próg i znaleźliśmy się w przestrzeni eksterytorialnej – sanktuarium rządzonym przez prawa międzynarodowej fizyki, a nie granice wytyczone przez ludzi. Z tyłu samolotu, z trzech wyznaczonych rzędów dla palących, zaczął dryfować do przodu ostry, gryzący zapach tytoniu. Dla palacza w 1991 roku ta błękitna mgiełka była dosłownym zapachem bezpieczeństwa, chemicznym zapewnieniem, że stary świat odpadł. Wyślizgnąłem się ze swojego miejsca przy oknie, na krótki czas zamieniłem się miejscami z pasażerem z tyłu i wdychałem ten ostry, znajomy komfort tytoniu, popijając wino z małej butelki białego wina. Gdy wokół mnie brzęczał gwar kilkunastu różnych języków, na moją psyche zstąpiła głęboka, bezprecedensowa cisza – absolutny bezruch umysłu, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem i który próbuję zreplikować przez kolejne trzydzieści lat. W to nieskończone, podniebne popołudnie polski student i przyszły amerykański profesjonalista na krótką chwilę dzielili tę samą skórę, jeszcze nieprzetłumaczeni.


At thirty-five thousand feet above the Atlantic, time did not merely slow down; it dissolved entirely. It was Wednesday, September 4, 1991, and I was living a thirty-two-hour day—a chronological anomaly engineered by the mechanics of a PanAm Boeing 747 chasing the sun westward. Below the aluminum hull lay a vast, shifting gray desert of water, a blank slate separating the heavy, systemic iron of the collapsing Eastern Bloc I had left behind from the unmapped, mythic geography of the American West I was flying toward.

For the first hours after takeoff from Warsaw, my body had been a tight coil of pure, somatic anxiety. On the surface, it was the pedestrian terror of a twenty-three-year-old experiencing flight for the first time. But deep within the psychic apparatus, at the un-signified border where the Symbolic order cracks and encounters the unvarnished Real, the terror was political and existential: a paralyzing dread that some bizarre bureaucratic gears would grind to a halt, that the aircraft would be ordered to turn around, and that I would be detained on Polish tarmac for a crime I didn't commit by the lingering ghosts of a dying communist regime. I was a passenger suspended between two incompatible worlds, waiting for a rupture.

Then came the ding—a crisp, electronic chime that sliced through the pressurized hum of the cabin. It was followed immediately by the radio-static crackle of the intercom. “This is your captain speaking,” a disembodied, authoritative voice announced, “we have now reached our cruising altitude...”

In an instant, the geometry of the space shifted. The seatbelt signs unlit, the flight attendants rose in unison, and the collective nervous system of the cabin exhaled. We had crossed an invisible threshold into extra-territorial space, a sanctuary governed by the laws of international physics rather than the borders of men. At the back of the aircraft, the distinct, acrid scent of tobacco from the three designated smoking rows began to drift forward. To a smoker in 1991, that blue haze was the literal smell of safety, a chemical reassurance that the old world had dropped away. I slipped out of my window seat, swapped places with a passenger in the rear for a brief period of time, and inhaled the sharp, familiar comfort of tobacco while sipping from a small bottle of white wine. As the ambient chatter of a dozen different languages buzzed around me, a profound, unprecedented, silence descended upon my psyche—a deep, absolute stillness of mind that I had never experienced before, and have spent the subsequent thirty years trying to replicate. In that infinite, airborne afternoon, the Polish student and the future American professional briefly shared the same skin, untranslated.

Subscribe for FREE to our Audience

Enter your email to access commenting, receive memos, logs, dispatches, and unfiltered fragments directly from the Theater.

Member discussion